JAN BURAKOWSKI

JESIEŃ AKSOLOTLA

I. URLOP NA WYSPIE KYALT



3. Herr Mierzwa


Jedynym kolegą licealnym, z którym utrzymuję obecnie systematyczne kontakty jest Franek Mierzwa - ongiś czołowy, obok Olka Wilczka, sportowiec i w ogóle chluba, nieklęczyńskiego liceum. Można to uznać za dziwne zrządzenie losu, bo w czasach szkolnych Franek wcale nie należał do ścisłego kręgu moich przyjaciół, po maturze przez ponad dwadzieścia lat nie utrzymywałem z nim żadnych kontaktów no i mieszka poza Polską.

Odnowienie znajomości, która teraz - po bardzo dojrzałym namyśle - przekształciła się w głęboką przyjaźń, zawdzięczamy przypadkowi. Spotkaliśmy się jesienią 1975 r. w hotelu w Katowicach, w którym to mieście przebywałem na jakiejś ogólnopolskiej konferencji. Wieczorem miałem pójść, wraz z dwoma kolegami z innych województw do Edka Pacela, mojego katowickiego odpowiednika. Zszedłem do recepcji a że koledzy jeszcze nie nadciągnęli, siadłem w hallu i zacząłem przeglądać gazety. Był zupełnie pusty, tylko przy ladzie recepcji trzech mężczyzn droczyło się z dyżurną. Panowie byli cudzoziemcami w średnim wieku i w wyraźnie dobrych humorach, a recepcjonistka była młodziutka, bardzo ładna i wyraźnie nieobyta w swej niełatwej profesji. Co gorsze słabo znała języki obce. Te wszystkie okoliczności intrygowały i bawiły panów wyraźnie popisujących się swoją wiedzą lingwistyczną. Na zmianę pytali ją o coś po angielsku, niemiecku, francusku, włosku a nawet w jakimś gardłowym, egzotycznym języku. Jak się zorientowałem, chodziło im o jakąś Elżbietę, z którą mieli się spotkać czy też, która miała oczekiwać na nich w recepcji. Cudzoziemcy mówili sprawnie różnymi językami ale bez trudu odgadłem ich rodowód. - Taką harmonijną mieszaninę hałaśliwej swobody bycia i umiejętności świetnego bawienia się z byle czego, reprezentują na ogół tylko obywatele państwa położonego ówcześnie między Łabą a Renem. - Panom było coraz weselej, dziewczyna była już bliska płaczu - w sumie widowisko to niezbyt mi się podobało i kląłem w duchu guzdralstwo moich kolegów. Aż nagle jeden z cudzoziemców zapytał recepcjonistkę czystą, literacką polszczyzną, bez śladów jakichkolwiek obcych naleciałości:

- Naprawdę nie wie pani, jak można się skontaktować z panią Elżbietą?

Dziewczyna zaniemówiła na dłuższą chwilę, po czym wykrztusiła:

- Naprawdę. Wyjechała ale nie wiem gdzie.

A potem wykrzyknęła patrząc z wyrzutem na poliglotę:

- Pan świetnie mówi po polsku, panie Mierzwa! ... A tak mnie męczycie ... Ja tu jestem przypadkowo, tylko na zastępstwie, bo pani Anka nagle zachorowała.

- Szkoda, że jest pani tylko na zastępstwie - uśmiechnął się cudzoziemiec o swojskim nazwisku. - Jest pani znacznie bardziej sympatyczna niż pani Anka. Przepraszam za nasze niewymyślne dowcipy!

Na dźwięk nazwiska „Mierzwa” poderwałem się. Już poprzednio niewysoka ale harmonijna sylwetka Niemca, miękki owal jego twarzy, staranny przedziałek we włosach i przyjemny baryton głosu, jakby mi kogoś przypominały. Ale kogo? Teraz nie miałem wątpliwości - to był Franek Mierzwa, mój kolega, który w liceum rozpoczął naukę jako Neumann! Właściwie to nawet przez dwadzieścia lat zbytnio się nie zmienił - tyle, że waży z dziesięć kilo więcej i twarz trochę pełniejsza.

Podszedłem do grupy ludzi przy ladzie recepcji i zwróciłem się do Franka.

- Nazywam się Domaniewski Janek. Czy panu coś mówi to nazwisko, herr Mierzwa?

Nie poszedłem tego wieczora do Edka Pacela a Franek zrezygnował z dalszego poszukiwania pani Elżbiety. Przegadaliśmy niemal całą noc – no bo ostatecznie w ciągu dwudziestu i kilku lat przerwy w kontaktach obu nam to i owo się przydarzyło. Niewątpliwie znacznie więcej Frankowi.

Mierzwa już w liceum należał do najlepszych uczniów – był nie tylko inteligentny ale także pracowity i akuratny. Świetny matematyk – miał dobre oceny także z języka polskiego a w historii wręcz wyróżniał. Nic dziwnego więc, że bez opóźnień i zgrzytów ukończył także studia chemiczne na Politechnice Krakowskiej. Nakaz pracy rzucił go do zakładów chemicznych w Sarzynie ale nie zabawił tam długo.

Dokładnie w rok po ukończeniu studiów ożenił się z Sylwią Lechicką, tarnowianką, również chemiczką, która ukończyła studia w rok po nim. Jego teść był człowiekiem wiele znaczącym w Tarnowie, nic dziwnego więc, że Franek – zdolny, pracowity i niekonfliktowy – robił w tarnowskich „Azotach” niezwykle szybką karierę i już w 1962 roku, w wieku dwudziestu ośmiu lat, został kierownikiem jednego z głównych wydziałów produkcyjnych. I na pewno zaszedłby jeszcze dalej, gdyby właśnie w tymże 1962 roku nie wydarzyła się w NRF pewna tragedia rodzinna. – W wypadku drogowym zginął, wraz z żoną, Albrecht Neumann, jedyny syn starszego brata ojca Franka. Albrecht nie spieszył się z ożenkiem i odszedł z tego świata bezpotomnie. Stryj Franka, Victor Neumann, miał już po siedemdziesiątce i nie cieszył się zbyt dobrym zdrowiem a śmierć syna przygniotła go do reszty. Nie miał w Niemczech bliższej rodziny i na spadkobiercę upatrzył sobie Franka. Postanowienie to było zrozumiałe, choć stary Neumann widział go po wojnie tylko jeden raz. – Przecież Franek był nie tylko jego bliskim krewnym ale także dobrze zapowiadającym się młodym człowiekiem z fachowym przygotowaniem i sporym już doświadczeniem zawodowym. To ostatnie było sprawą szczególnie istotną bo Neumann był właścicielem sporego przedsiębiorstwa związanego z chemią – choć całkiem innego rodzaju niż tarnowskie „Azoty”.

Firma „V. Neumann” była dość świeżej daty ale zatrudniała w chwili śmierci Albrechta już ponad 150 pracowników i należała w swojej dość specyficznej branży do znaczących na rynku niemieckim. Firmę zrodziła trochę przypadkowo powojenna bieda ale wiatr w żagle chwyciła dopiero na fali rosnącej niemieckiej prosperity przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. – Stryj Franka był aptekarzem, który żywo interesował się ziołolecznictwem. Już przed wojną jego apteka w Hanowerze znana była z szerokiego wyboru leków ziołowych. Zajmował się także sprzedażą specyfików ziołowych na skalę hurtową, w oparciu o istniejącą przy aptece manufakturę, w której zatrudniał sezonowo do dziesięciu osób. W głodnym 1944 roku Neumann wpadł na pomysł, który wkrótce przyniósł mu spory majątek. - Jak na prawdziwego zielarza przystało, nie pijał on herbaty ni kawy ale wyłącznie napary ziołowe przyrządzone według własnych receptur. Miały one nie tylko określone właściwości zdrowotne ale także charakteryzowały się pięknymi barwami i wspaniałymi aromatami. Właśnie w początkach 1944 roku jakiś znajomy aptekarza, poczęstowany jedną z takich ziołowych herbatek, westchnął: „Gdyby coś takiego można było kupić!” Ta właśnie uwaga natchnęła Neumanna: a może by spróbować produkcji na sprzedaż także herbat ziołowych według receptur wykorzystywanych dotychczas tylko na domowy użytek? Miał spory zapas półproduktów. Nie zwlekał z realizacją pomysłu długo i jeszcze na przedwiośniu 1944 roku przygotował próbną partię pięciu mieszanek „herbacianych”, które zaczął sprzedawać nie tylko w swojej aptece ale również w kilku większych sklepach spożywczych. Miały one nadspodziewane powodzenie, na które złożyły się nie tylko brak na rynku prawdziwych używek, ohydny smak rozmaitych ersatzów i przystępna cena – ale przede wszystkim wysoka jakość mieszanek Neumanna. W 1946 roku „Neumann” były już dostępne w kilku miastach. Powodzenie to nie było przejściowe. Również w latach następnych, gdy powoli przeraźliwa bieda większości niemieckiego społeczeństwa przeszła do historii i prawie każdy Niemiec mógł sobie pozwolić na zakup dobrych gatunków prawdziwej kawy i herbaty, firma „V. Neumann” zdobywała wciąż nowych klientów oferując im coraz szerszy asortyment wyrobów. Pod koniec 1947 roku wrócił z niewoli syn Neumanna, Albrecht, i zajął się, z prawdziwym talentem, sprawami finansowymi, produkcyjnymi i handlowymi. Stryj Viktor, uwolniwszy się od nich mógł się wreszcie zająć tym, co naprawdę lubił – eksperymentowaniem i opracowywaniem wciąż nowych receptur. – Już nie tylko na herbatki, napoje ziołowe i różne lecznicze nalewki ale również na ziołowe kremy, pasty, maseczki. Gdy Franek przybył na stałe do Hanoweru, firma zatrudniała – jak wspomniałem – około 150 pracowników a barwny katalog wyszczególniał ponad 300 jej wyrobów, które miały już wyrobioną markę, nie tylko w Niemczech ale i w wielu innych krajach.

Wyjazd Franka i jego rodziny do Niemiec nie był w 1962 roku wcale sprawą prostą ale dzięki możliwościom teścia, który zbliżał się do wieku emerytalnego i nie liczył na dalsze awanse i ogromnemu zapałowi Sylwii, żony Franka, w ciągu pół roku wszelkie przeszkody zostały, w mniej lub więcej legalny sposób, przezwyciężone. Jak twierdził Franek, to wcale nie on, bratanek Neumanna, ale właśnie nie mająca żadnych związków z niemczyzną Sylwia, z ogromnym entuzjazmem powitała możliwość wyjazdu na Zachód. Jego Franka, ambicje i potrzeby – tak materialne jak i psychiczne - w pełni zaspokajała kariera w Azotach i ładny domek teścia położony przy uliczce w elitarnym osiedlu Tarnowa.

Gdy spotkałem Franka w 1975 roku, jego stryj nie żył już od lat bez mała dziesięciu a mój szkolny kolega był jedynym właścicielem firmy „V. Neumann” i autentycznym milionerem – wcale nie z końca długiej niemieckiej listy krezusów. W Katowicach bawił właśnie w składzie delegacji firm farmaceutycznych, prowadzących sondażowe rozmowy na temat współpracy z przedsiębiorstwami polskimi. W tym czasie nadal wizytówką i troskliwie hołubionymi korzeniami firmy „V. Neumann” były wyroby zielarskie, przeważnie wysoko przetworzone, ale stanowiły one już tylko wąski margines obrotów przedsiębiorstwa. Margines wąski – ale bardzo piękny. Na kartach katalogów i afiszy reklamowych kusząco reprezentowały się nie tylko pudełka, słoiczki, tuby i fiolki z gotowymi wyrobami ale także wielobarwne łany ziół uprawianych, jak informował katalog „ ... pod ścisłym nadzorem inspektorów firmy, z dala od źródeł jakichkolwiek zanieczyszczeń” – nie tylko w różnych regionach Bundesrepubliki ale i kilkunastu innych krajach – od chłodnej Szwecji po tropikalne rejony Nigerii i Brazylii. Franek nie taił, że on sam miał tylko skromny udział w kreowaniu tych sukcesów – mózgiem i niezmordowanym motorem napędowym interesów firmy była Sylwia. Niewiele czasu trzeba było by ta nieduża, ładna blondyneczka, matka dwóch córek, córka polskiego działacza partyjnego szczebla powiatowego, ujawniła niepoślednie talenty menadżerskie. Frau Sylvia stała się jednym z bardziej znanych biznesmenów - nie tylko hanowerskich ale w skali całej Dolnej Saksonii a mój przyjaciel – tytularnie właściciel – przejął w firmie rolę spełnianą dawniej przez stryja Viktora – głównego technologa i kreatora nowych receptur i po trosze oryginalnego wynalazcy.

Spotkanie w Katowicach zapoczątkowało dość regularne, przyjacielskie kontakty nie tylko między mną a Frankiem lecz również naszymi rodzinami. Stroną zdecydowanie najbardziej aktywną w tych kontaktach był Franek. – On regularnie telefonował do nas, pamiętał o życzeniach noworocznych a nawet tak specyficznie polskim obyczaju, jak świętowanie imienin. Nie było też roku by nie zawitał, na krócej lub dłużej, do Krasnogóry. Ta jego stałość w kontaktach – wręcz zabieganie o ich kultywację i rozwój – nie raz zastanawiała mnie. – Franek był nie tylko obciążonym obowiązkami przedsiębiorcą i wynalazcą. Pochodził ze zniemczonej, o ile nie wręcz niemieckiej, rodziny, w dzieciństwie i znowu od wczesnych lat dorosłych mieszkał w środowisku niemieckim. W Niemczech zrobił oszałamiającą karierę, miał tam piękny dom i udaną – jak wszystko na to wskazywało – rodzinę. A jednak ... Coś go uparcie popychało ku polskości i ku osobom z którymi los go zetknął w latach nauki szkolnej i studiów. Przyjeżdżał nie tylko do Krasnogóry – regularnie odwiedzał Tarnów a nawet Sanok – choć przecież w zakładach sarzyńskich pracował tylko rok. Często bywał także w Nięklęczynie – a przecież po śmierci ojca i przeniesieniu się matki do syna w Hanowerze nie posiadał w tym mieście żadnej rodziny, nawet dalekich krewnych. Wstyd przyznać się ale to dzięki temu „cudzoziemcowi” odbudowałem nadwątlone już kontakty z Piętami i dowiadywałem się o losach wielu naszych licealnych znajomych. I obecny nasz wyjazd wakacyjny do Niemiec był jego inicjatywą.

W Hanowerze, u Mierzwów, spędziliśmy pięć dni. Opuszczaliśmy jednak to piękne zielone miasto bez żalu, choć byliśmy goszczeni iście po królewsku. Nowy, wybudowany w początkach lat 80-tych, dom, wkomponowany w zachodni zalesiony stok jednego ze wzgórz Misburger Waldu był piękny. Otaczał go rozległy ogród a właściwie park z zachowanym pięknie drzewostanem leśnym. Mierzwowie starali się by codziennie spotkała nas jakaś miła niespodzianka a posiłki, przygotowane przez Anjelicę, starszą już Chorwatkę, związaną z tym domem już od dziesięciu lat, były bardzo udaną prezentacją kuchni śródziemnomorskiej. Mimo wszystko, gdy po tych pięciu dniach wsiadaliśmy do wozu by ruszyć na północ, z trudem powstrzymywałem się od westchnienia ulgi. Nużyła właśnie ta mnogość nowych wrażeń. Mieliśmy w tym roku już ich wystarczająco dużo i tęskniliśmy za odludziem i spokojem. Nie czuliśmy się też zbyt dobrze w towarzystwie żony Franka – Sylwii, choć zachowywała się bez zarzutu i była wręcz uprzedzająco grzeczna. Męczyła właśnie jej jakby wystudiowana uprzejmość, zawsze taki sam uśmiech na ładnej, niezwykle regularnej twarzy o nienagannym makijażu. Od kobiety tej emanowało coś co kazało jakby mieć się na baczności. Nawet Franek w towarzystwie żony był trochę innym człowiekiem – jeszcze staranniej niż zwykle kontrolującym swoje słowa i gesty.

Mierzwa wielokrotnie wypominał nam istotną nierównowagę w kontaktach. Miał rację. – Rzeczywiście, on odwiedzał nas corocznie, bywało, że nawet dwa razy w roku, w tym kilkakrotnie ze starszą córką, Ewą i raz z Sylwią a my z Krzysią byliśmy w Hanowerze tylko dwukrotnie i to krótko. Dlatego też, gdy w początkach roku obiecaliśmy przyjazd, tym razem na dłużej, dokładał starań by wyprzedzić wszystkie nasze życzenia. Gdy zatelefonował kiedyś z kolejną propozycją, zażartowałem, że gdybyśmy sobie zażyczyli wczasy na Hawajach lub letnią wędrówkę po Alasce śladami poszukiwaczy złota, to on gotów by spełnić nawet takie nasze zachcianki ... – „Ależ oczywiście! – pochwycił Franek, - A może, serio, pojedziemy na Hawaje? Są przecież bezpośrednie loty czarterowe z Frankfurtu do Honolulu. Ja tam także jeszcze nie byłem”. Nie, nie interesowały nas Hawaje ani żadne inne egzotyczne atrakcje. Oboje z Krzysią uznaliśmy, że najbardziej potrzebny nam jest – po różnych atrakcjach wiosny i lata 1991 roku – zwyczajny odpoczynek w jakiejś cichej, ustronnej miejscowości nadmorskiej. I tak pod koniec lipca znaleźliśmy się na wyspie Kyalt u nasady Jutlandii, w pensjonacie „Stary Sosnowy Bór”. Polecanym gorąco przez Franka, mimo moich obiekcji, że wyspa Kyalt, tradycyjne miejsce letniego wypoczynku wyższych niemieckich elit, chyba nie w pełni odpowiada kryteriom spokoju i ustronności. On jednak wiedział, co proponuje.

Zabiegi Mierzwy by spełnić wszystkie nasze zachcianki przyjmowaliśmy ze skrępowaniem. Owszem, on bywał u nas częściej niż my u niego – ale my nie fundowaliśmy mu żadnych kurortów czy też luksusowych pensjonatów – po prostu gościł w naszym domu, włóczyliśmy się trochę kajakami po okolicznych jeziorach. A każdy jego przyjazd łączył się z przywozem drogich prezentów, wartość których przewyższała przeważnie kilkakrotnie niewielkie koszta, jakie ponosiliśmy w związku z jego pobytem. A poza tym nie raz i nie dwa korzystały z gościny w Hanowerze nasze dzieci, wracające do Krasnogóry z zarobionym w firmie „V. Neumann” podejrzanie pokaźnym zwitkiem banknotów /bo dzieci, a szczególnie Tolek, nie miały zbyt wielu skrupułów by skubać milionera/. No cóż, na tego trochę dziwnego Niemca nie było sposobu. Widocznie kontakty z nami były mu, z jakichś zawikłanych przyczyn psychicznych, potrzebne – a Franek był tak sympatyczny, że byłoby grzechem robić mu jakieś przykrości.