Franciszek Midura

Ze wspomnień wojennych 1939 - 1945
(We wstępnej części wspomnień Autor opisuje przygotowania mobilizacyjne i ewakuacyjne w sierpniu 1939r., a następnie swoją służbę wojskową we wrześniu, ewakuację z Warszawy i powrót do Sierpca po ustaniu działań wojennych)

4-go października 1939 r. byłem w Stawiszynie-Łaziskach i pobliskim Głodowie, gdzie przebywała moja rodzina - żona i dzieci. Tu, pod wpływem świadomości, że minęło "co najgorsze", poczułem się względnie dobrze. Należało co prędzej złapać kontakt z Sierpcem i ze znajomymi w okolicy, by zorientować się w sytuacji wojennej i w perspektywie "pokojowej". W urzędzie gminnym w Sławęcinie urzędował, jak za dobrych czasów, nasz wójt, Ziembicki i jego pomocnik. Nikt nie przewidywał, że w ciągu nie wielu dni nadejdą zmiany - krwawe rządy komisarza niemieckiego.

Kierując się nadal ostrożnością, wziąłem z urzędu "paluszek" - dowód osobisty, ważny dla Niemców, bez pozostawiania w urzędzie gminnym śladów tej czynności. Byłem od tego dnia nielegalnym poddanym III Rzeszy, aż do końców jej rządów na naszej ziemi. Żadna ewidencja urzędowa nie dysponowała moim nazwiskiem, ale dokument osobisty wystawiony był prawidłowo. Posługiwałem się nim aż do chwili wymiany na nowy w 1942 roku.

Największym moim zmartwieniem tych dni października była sprawa zabezpieczenia książek - własnych i biblioteki powiatowej (Powiatowa Centrala Kompletów Ruchomych - Red.) w Sierpcu. Własne książki, przywiezione z Sierpca do Stawiszyna, kazałem w części zakopać "na krótki czas" w ogrodzie, zabezpieczone od wilgoci. Nie mogły one wpaść w ręce Niemców. Wśród książek był "Kapitał" Marksa w niemieckim, dawnym wydaniu, także pedagogiczne i naukowe książki różnej treści mogły mnie zdradzić. Pozostałe zakopane, w sporej ilości, "rozeszły się po ludziach" i nigdy do mnie nie wróciły.

Przy pierwszej bytności w Sierpcu, dowiedziałem się, że ksiązki biblioteczne w skrzyniach, przygotowane przez nas do ewakuacji, zabrali Niemcy (Gestapo) celem przejrzenia. Przestraszyłem się. Jeżeli przejrzą je nawet powierzchownie, spalą wszystkie wobec tego, że było wśród nich 30 egzemplarzy "Na tropach Smętka". Wańkowicz, który jak wiadomo, był od początku okupacji zajadle poszukiwanym wrogiem III Rzeszy. Po kilku dniach wpadłem znowu do Sierpca i z przyjemnym zdumieniem zastałem książki w skrzynkach na dawnym miejscu w byłym inspektoracie szkolnym. Wróciły wszystkie, razem z wańkowiczowskim "Smętkiem". Niemcy nie rewidowali ich wcale. Czym prędzej popędziłem do Głodowa, a następnie do Dębska, by z Władkiem Żulewskim omówić sprawę przejęcia książek pod naszą opiekę.

Pojechaliśmy za dwa dni i spokojnie załadowaliśmy na wóz kilka skrzynek z książkami, tyle by nie zwracało to zbytniej uwagi. Żandarmi w tamte dni nie byli jeszcze zbyt czujni i niebezpieczni, ale grasowała swołocz Volksdeutschów. Zabraliśmy najcenniejsze rzeczy, choć nie było w naszej bibliotece kiepskich rzeczy. Zabraliśmy wszystkie książki klasyków literatury, naukowe i popularnonaukowe - pełen wóz. Żulewski zabrał je do siebie, umieścił na strychu - i wypożyczał chętnym czytelnikom. Pożyczał tak skutecznie, że wszystkie (z wyjątkiem 30-tomowego Kolberga, którego nie kazałem pożyczać) poszły dosłownie "pod strzechy", a wśród nich wszystkie - pieknie oprawione "Smętki". Myślę, że była to dobra partyzantka kulturowa, przyczyniająca się do podniesienia świadomości, potrzeby walki za zbrodniczym hitleryzmem. Żadna z tamtych książek nie wróciła na swoje dawne miejsce. Tylko dzieła Kolberga stoją dziś na honorowym miejscu w Bibliotece Powiatowej w Sierpcu.

Kiedy za parę dni pojechaliśmy do Sierpca, po resztę książek, niczego już nie zastaliśmy. Niemcy wyrzucili wszystkie na ulicę pod koła pojazdów. Znaczna ich część, niemal wszystkie, zostały uratowane przez mieszkańców Sierpca, głównie dzieci, a niewielka tylko część została zniszczona. Pod koniec okupacji, a nawet po wyzwoleniu, spotykałem tu i ówdzie książki z pieczęcią mojej powiatowej biblioteki. Nie ulega wątpliwości, że tak skutecznie nigdy chyba dotychczas książka polska nie pełniła swojej wielkiej roli.

Własne książki wydobyłem z ziemi po kilku miesiącach. Niestety, w stanie nie nadającym się do użytku, zbutwiałe. Tu wypada podkreślić, że przesadna ostrożność przyczyniła się do straty. Gdybym bowiem przechowywał książki razem z sobą, uratowałyby się wszystkie, gdyż przez cały okres okupacji Niemcy nie byli ani przez chwilę w mojej "melinie" - w mieszkaniu Dziadka i Babci Osieckich w Głodowie. Tam mieszkałem najdłużej. Z początku trochę usiłowałem pomieszkać w Miłotkach u rodziny żony, gdzie uczyłem najmłodszą latorośl Giżyńskich, wiodąc ją po "Pana Tadeuszowych" księgach. Tam jednak, mimo wszystko, nie czułem się swojosko, trudna też była łączność z Sierpcem.

W Głodowie pasałem krowy (razem z pewnym sędzią spod Brodnicy), potem pełniłem różne funkcje gospodarskie przy żniwach, wydobywaniu torfu, przy młócce itp. Nie ukrywałem się wobec ludzi, mieszkańców okolicy, którzy mnie na ogół znali, choć mogło to grozić ryzykiem.

Potem zachowywałem się bardziej ostrożnie. Maszynę do pisania, którą posługiwałem się w domu (w dożywotnim mieszkaniu Dziadków Osieckich) - wynosiłem na noc pod mostek na drodze polnej. Puszkę (po landrynkach) z dokumentami, bibułą, pieczątkami urzędów niemieckich (dostarczonymi mi przez Bramczewskiego) przechowywałem w lecie w kupie kompostowej w ogródku warzywnym przeze mnie założonym i uprawianym. Rolę powiernika w tajnych sprawach oraz stróża rzeczy "niebezpiecznych" pełniła Babcia Osiecka bez żadnej między nami umowy, bez żadnego zalecenia. O wszystkim, co miało mnie ubezpieczać, dobrze wiedziała i czujnie zwracała uwagę na mnie i moje "interesy".

W jednym przypadku ratowała mnie na poczekaniu. Pewnego dnia, jesienią 1944 r. z przerażeniem stwierdziłem, że puszka z dokumentami i pieczęciami niemieckimi, zginęła z kupy kompostowej. A przecież przykrywałem ją dobrze i maskowałem należycie - dopiero wczoraj. Ze zmartwienia (a już miałem wiać!) zwierzyłem się Babci , która natychmiast przedstawiła swoje rozeznanie sytuacji: puszkę na pewno wyciągnęły dzieci Szulca, sąsiada-robotnika, szukające w kupie kompostowej małych marchwi wyrzuconych tam razem z nacią. Przywołała zaraz Dziadka, wyklarowała mu sprawę i poleciła załatwić sprawę niebezpiecznej puszki. Dziadek poszedł chętnie gdzie trzeba i za pół godziny wrócił z puszką i jej zawartością.

Można sobie wyobrazić jak kamień spadł mi z serca; przecież moja wsypa groziła (nawet gdybym skutecznie uciekł) przede wszystkim Dziadkom. ... Nic nie jest w stanie oddać w pełni Babcinych przysług, jej ofiarnej czujności, pełnego zrozumienia wielkiej sprawy, której służyli ci wszyscy obcy, odwiedzający mnie "na dożywociu". Oto nie reklamowany, nie nagradzany przez nikogo prawdziwy patriotyzm. Dziadek był może bardziej ostrożny i bojaźliwy, ale równie ofiarny i rozumiejący rzeczywistość.

W wielu wolnych chwilach, szczególnie zimą, parałem się pisaniem. Przetłumaczyłem sporo rozdziałów niemieckiej książki popularnonaukowej Antona Zischki "Sieg der Arbeit" (Zwycięstwo pracy). Rzecz, co prawda, nachylona ku hitleryzmowi, ale ciekawa i miejscami obiektywna. Już jej chyba nigdy nie skończę, jako że od 1945 roku zerwałem z tłumaczeniem a dzisiaj jest ona bardzo zdezaktualizowana.

Uczyłem też niektórych młodych ludzi z poczucia wewnętrznej potrzeby i obowiązku. Niezbyt gorliwymi uczniami byli dzisiejsi nauczyciele, synowie mojego gospodarza, a wnukowie Dziadków Osieckich, to też niedługo prowadziłem ich po niwie wiedzy. Tym bardziej, że na miejscu była inna nauczycielka, koleżanka Osiecka, stryjna uczniów, która ofiarnie i dobrze pracowała na tej samej niwie.

Przez pewien czas chodziłem na Marysin (osada koło Sławęcina), by kształcić córkę p.Budzyńskiego, pracownika urzędu gminnego. Oddawał on dobre usługi tym, których znał i którym wierzył, że będą dyskretni. Uczniowie przychodzili też do mnie. Jeden nieodżałowany, pilny, zdolny i solidny, Roman Pupka z Kobylej Łąki, został zabity przez Niemców. Pewnego lipcowego dnia wracał z łąk z furą torfu, a słysząc strzały obławy niemieckiej, stanął na furze by coś zobaczyć w terenie - i wtedy dosięgnęła go niemiecka kula.

Do Sierpca zaglądałem dość często, wykorzystując okolicznościowe furmanki lub organizując ją celowo. Korzystałem z usług Grabowskiego, mieszkańca Stawiszyna i Żulewskiego z Dębska. Zatrzymywałem się w Sierpcu dyskretnie w mieszkaniu kierownika mleczarni - Iwanejki, znajomego sprzed wojny, a także krewnego moich Dziadków Osieckich. Spotykałem się z koleżanką Zofią Gałęską, która prowadziła obfite zespoły tajnego nauczania; kolegą Adamem Zwolińskim, moim współpracownikiem w Inspektoracie Szkolnym, Leonem Bramczewskim, który pracował w księgarni i drukarni niemieckiej (u Trauhä ndra) i od którego odbierałem materiały piśmienne. Przywoziłem tu niektóre informacje przekazywane przez T.Kuligowskiego z Warszawy i zabierałem stąd dla niego to, co mogło go interesować. W związku z TON-em (Tajna Organizacja Nauczycielska - Red.) odwiedziłem parę razy zespoły kol.Gałęskiej i kol.Wandlówny i byłem raz na małej maturze (czerwiec 1944 r.) odbywającej się w mieszkaniu właściciela młyna na Włókach.

Dojeżdżałem przy wielu sposobnościach do Kazimierza Iłowieckiego w Borkowie, który do jesieni 1943 roku był właścicielem fabryki cukierków i z tego tytułu miał możliwość legalnych wyjazdów do Warszawy, gdzie miał bliskie związki z Delegaturą rządu londyńskiego. Byłem jego pełnomocnikiem na powiat sierpecki. Miał on z Warszawy aktualne informacje polityczne, a czasem przywoził bibułę. Po zajęciu fabryki cukierków przez Niemców, Iłowiecki przeniósł się do Warszawy. Jego zakład pracy był nieocenioną przystanią dla uczącej się młodzieży, która była wyreklamowana od wywozu do Niemiec na roboty dzięki temu, że miała zajęcie u Iłowieckiego - często tylko pozorne. Ze względów konspiracyjnych należało zachowywać dużo ostrożności w spotkaniach w Borkowie. Tu odbywały się "konferencje" międzypowiatowe. W dwóch z nich brałem udział.

Nie odbywałem wielu dalszych podróży, tylko do Ciechanowa lub w jego okolice na umówione spotkania organizacyjne TON lub informacyjne w związku ze współpracą z BCh.

W Głodowie odwiedził mnie parę razy Kazimierz German, mój przyjaciel z okresu międzywojennego, gorąco zaangażowany w pracę konspiracyjną PPR wraz z żoną Barbarą. Przyjaciółmi pozostaliśmy do dziś (odwiedzamy się). On w lutym 1945 r. kazał mnie wypuścić z UB natychmiast, skoro dowiedział się w Płocku o moim aresztowaniu. Wiedział (i wie), że jestem wcale nie gorszym od niego komunistą, choć różnimy się sposobem dyskusji i zachowania. Odrzuciłem jego propozycję wejścia w skład rady wojewódzkiej konspiracyjnej, gdyż nie miałem do tego uprawnienia ze strony Stronictwa Ludowego, z którym współpracowałem.

Do Niemców w czasie okupacji miałem, jeśli tak można powiedzieć, sporo szczęścia, głównie dlatego, że zachowywałem dużo ostrożności i ryzykowałem niewiele. Ile więc ryzykowałem? Tyle, że nie miałem legalnych papierów; że na własną rękę wystawiałem przepustki i "paluszki", dysponując pieczęciami i blankietami od Bramczewskiego; że jeździłem nielegalnie, przewożąc to i owo; że utrzymywałem bliską łączność z "niebezpiecznymi" działaczami podziemia, brałem udział w organizacjach antyniemieckich - ale umiarkowanie; pomagałem uciekinierom z obozów niemieckich, kontaktowałem się z radzieckimi partyzantami, zaopatrując ich w odzienie i pośrednicząc w zakwaterowaniu (piłem z nimi bimber). Ale nic z tego co robiłem nie było na miarę bohaterstwa czy wielkiej zasługi. Myślę, że było na miarę obowiązku - i nic więcej.

Chyba gdzieś na wiosnę 1944 roku organizacja politycznego podziemia przekazała do Głodowa angielskiego jeńca, który uciekł z obozu pod Nieszawą (na wiślanej wyspie). Typowy Anglik, nie żywił wobec Niemców żadnego respektu. Konwersację prowadzilismy po niemiecku, ale trochę i po angielsku. Sypialiśmy pod wspólnym daszkiem, na stryszku nad letnią kuchnią Dziadków Osieckich. Gościa (pochodził z Birmingham) podrzucałem do Żulewskiego w Dębsku, a także do innych znajomych. Nie bał się on wędrówki w nowe miejsce, a czasem zachowywał się, jak na moje wyczucie, zbyt prowokacyjnie. Pewnego dnia umówiłem się z panią Chojnowską, volksdeutschką z Żuromina, żeby go zawiozła do lekarza w Szreńsku (10 km). On miał dojść z Głodowa do Stawiszyna-Łazisk - polem, w czasie kopania kartofli, kiedy na polu jest sporo ludzi. Kazałem mu iść rowem, by nie zwracał na siebie uwagi dwumetrowym wzrostem. Uważał to jednak za ujmę i szedł górą wału nad rowem tak, że wszystkie niewiasty kopiące kartofle musiały niechybnie dowiedzieć się, że w Głodowie (tylko dwa gospodarstwa) przebywa jakiś niezwykły osobnik. Jego opiekunka Chojnowska, nie miała obawy przed żandarmami, gdyż znali ją wszyscy w okolicy; miała piękną bryczkę, dwa tłuste konie i furmana oraz duży sklep w Żurominie.

Lekarz przepisał Anglikowi ziółka na jego dolegliwości żołądkowe, a kiedy po powrocie zwróciłem uwagę pacjentowi na sposób chodzenia po polu i na niebezpieczeństwo ze strony żandarmów, zrobił gest zawijania rękawów od koszuli i przyjął postawę bokserską wobec urojonego wroga. Na szczęście dobrze się skończyło, choć później w innych okolicznościach omal nie wpadł na amen - u Rosjan.

A było tak. Mój Anglik, w dniu wejścia wojsk radzieckich na naszą ziemię, wybrał się do Żuromina, bowiem wiedział, że wzdłuż byłej granicy Prus będzie więcej do zobaczenia niż na szosie Mława-Bieżuń-Sierpc. W Żurominie stanął w tłumie gapiów, podziwiając dywizje czołgów i samochodów pędzących w stronę Działdowa czy Brodnicy i zwracał na siebie uwagę wzrostem więcej niż normalnym, bardzo nordycką cerą i w ogóle postawą nie pasującą do otaczającego go tłumu. A wśród wojsk radzieckich byli niewątpliwie tacy, którzy szczególnie interesowali się ciekawymi osobnikami, badającymi wzrokiem szczegóły radzieckiego uzbrojenia. "Kej" wpadł w ręce kontrwywiadu radzieckiego i w nowym otoczeniu znalazł się wkrótce poza Żurominem. Po krótkiej rozmowie z nowymi opiekunami dowiedział się, że jest szpiegiem niemieckim i czeka go "likwidacja".

Był bezradny, ale nie tracił angielskiej flegmy i miał niebywałe szczęście. W kolumnie maszerujących żołnierzy dojrzał znajomą twarz - towarzysza z obozu niemieckiego, który również uciekł spod Warszawy. Poznali się natychmiast, a po serdecznym powitaniu sprawa się wyjaśniła i "Kej" wrócił za dwa dni do Głodowa. Najbardziej interesujące przeżycie z radzieckiej "defilady" wyraził słowami: "Frank - mówił do mnie - wszistko amerykanskie, wszistko amerykanskie." Zgłosił się do obozu przygotowawczego w Nasielsku, skąd posortowanych obcokrajowców wysyłano partiami do ich ojczyzn. Ponieważ w Nasielsku dokuczały mu okropnie obozowe pchły, urwał się na parę dni i odwiedził mnie w Sierpcu w Inspektoracie Szkolnym i Żulewskiego w Dębsku. Z Anglii napisał ze dwa listy - i na tym skończyła się nasza polsko-angielska przyjaźń.

Miałem jeszcze jednego podopiecznego - uciekiniera z obozu niemieckiego. Był nim "francuski" Polak. Dostał się we Francji do niewoli i został wywieziony z innymi Francuzami na roboty. Kopał torf w okolicy Żuromina i w lecie 1944 r. uciekł Niemcom. Podziemnym etapem skierowany został do Głodowa. Mieszkał we Francji dość długo, francuski przeszkadzał mu już trochę w mówieniu po polsku. Parę tygodni przebywał w Głodowie i parał się drobnymi robotami w gospodarstwie, do czego jednak nie miał smykałki (albo ochoty) - nawet tyle, co ja. Przed wejściem Rosjan poszedł gdzieś od nas, na razie bez śladu. I znowu miał szczęście. Choć nie miał postawy Anglika, ani jego sprawności umysłowej, został aresztowany przez służbę bezpieczeństwa. Na początku lutego 1945 (a może pod koniec stycznia?) byłem w Rypinie. Mój "Francuz" maszerował w grupie aresztowanych, prowadzonych z pracy do obozowego pomieszczenia. Dojrzał mnie na ulicy, wykrzyknął, by mnie zatrzymać. Dowódca konwoju, kiedy się wylegitymowałem, pozwolił "Francuzowi" iść ze mną do komendanta obozu, gdzie wyjaśniłem sprawę i "Francuz" został od ręki wypuszczony na wolność. Oto moje chrześcijańskie uczynki wobec bliźnich.

Znałem jednak sto razy lepszych i większych ode mnie chrześcijan. Znowu w Dębsku. Antoni Musiałkiewicz (i jego młodsi, ale dorośli bracia) był najlepszym chrześcijaninem, jakiego znałem w życiu. Na dobrą sprawę to jemu samemu należałoby poświęcić cały, wielki pamiętnik. Miał w Dębsku kilkuhektarowe gospodarstwo, hodował pszczoły, trudnił się stolarstwem, a w szczególności wyrobem kołowrotków do przędzenia wełny. W tej dziedzinie był mistrzem, znanym co najmniej w kilku parafiach dokoła. Zaprzyjaźniłem się z Musiałkiewiczem podczas wojny. Kiedy w Głodowie wydawało mi się za "ciasno" (był jakiś "cynk" z gminy lub od sołtysa) wybierałem się m.in. do Dębska.

Rodzina Musiałkiewiczów była nie tylko patriotyczna, ale i samarytańska. W 1941 r. organizacja podziemna "podrzuciła" jej dwóch Anglików, którzy uciekli z obozu niemieckiego (gdzieś na Pomorzu), a znajdowali się w rozpaczliwym stanie. Mieli plan zalecony na wypadek dostania się do niewoli, przedostania się za kordon rosyjsko-niemiecki. Byli jednak w kiepskim stanie - wychudzeni, wygłodniali, dręczeni okropnym świerzbem. Po dwutygodniowym pobycie u Musiałkiewiczów byli wyleczeni ze świerzbu, odżywieni i gotowi do dalszej podróży. Musiałkiewicz "odstawił" ich do punktu granicznego nad Bugiem i oddał we właściwe ręce. U Musiałkiewiczów była też jedyna w okolicy stacja oparcia dla Żydów aż po koniec 1943 r. Przychodzili w nocy i w miarę potrzeby dostawali schronienie w szopie lub w piwnicy, jedzenie, odzienie. Zatrzymywali się tu po kilka, a nawet kilkanaście dni, zatrudnieni przy obieraniu cebuli, sortowaniu nasion, pleceniu mat. Mimo tej pomocy, o czym we wsi wiedziano, Niemcy nie nachodzili Musiałkiewiczów, nikt we wsi nie zdradził. Zwracałem Musiałkiewiczowi czasem uwagę, że zbyt wiele ryzykuje, a on zawsze odpowiadał, że jest to jego chrześcijański obowiązek. Taką praktykę życia nakazywała mu idea religijna (był zwolennikiem sekty "Świadków Jehowy").

Z Niemcami, w ciągu całych pięciu lat, spotkałem się oko w oko zaledwie kilka razy. Raz - w Sierpcu. Na ulicy spotkałem się ze Stanisławem Tyndorfem (dyrektorem Narodowego Banku Polskiego w Sierpcu), który był zatrudniony u Niemców w Rypinie. Rozmawialiśmy z ostrożna na ulicy, kiedy naszedł nas żandarm, któremu się nie ukłonilismy. Legitymował nas. Byłem w strachu nie dlatego, że ausweis był w żałosnym stanie, ale dlatego, że był nielegalny. Wystarczyło, by żandarm zamiast powiedzieć "zehn Mark Strafe", powiódł mnie na posterunek i sprawdził w Sławęcinie moją prawowierność III Rzeszy. Wpadłbym bez wyjścia, a może i moi gospodarze. Skończyło się na 10 markach kary. Inna sytuacja była bardziej groźna. W lipcową niedzielę, idąc do Grabowskiego, na drodze polnej między Stawiszynem a Sławęciniem, spotkałem dwóch żandarmów na rowerach. Zatrzymali mnie (jeden mówił po polsku, ja do niemieckiego nie przyznawałem się), obejrzeli ausweis. Oświadczyłem, że idę do kościoła w Radzanowie i na szczęście nie obmacywali mnie. A miałem pod kamizelką i w letnim płaszczu, zwiniętym pod pachą, sporo bibuły. Kiedy puścili mnie i odszedłem parę kroków, znów mnie zatrzymali. Byłem przygotowany na najgorsze. Znowu wymienili między sobą jakąś uwagę że "to nie ten" - i kazali iść swoją drogą. Uniknąłem czegoś najgorszego, co by mnie mogło spotkać.

W grudniu 1939 r. wracałem z Dębska przez pola, niedaleko drogi, z książkami w ręku. Był zmrok. Dojrzeli mnie jadący volksdeutsche - oczywiście uzbrojeni. Zaczekali na mnie, wylegitymowali i znowu - szczęśliwym trafem - zaprowadzili mnie do sołtysa Manisty w Stawiszynie-Łaziskach. Wręczyli mu moje książki i sprawdzili informacje, jakich im o sobie udzieliłem. Sołtys potwierdził. Niemcy odjechali, sołtys zwrócił mi książki, spokojnie poszedłem do domu. Należy dodać, że sołtys ten przez cały czas mojego pobytu w Głodowie przestrzegał lojalności patriotycznej, nie wołał do szarwarków, zawiadamiał o przewidzianych rewizjach, nalotach niemieckich - opiekował się mną.

Innym razem, późną jesienią, z moim gospodarzem byliśmy w stodole na klepisku - ja obracałem mechanizm wialni, on nakładał młócone ziarno do kosza wialni. Nagle najbardziej niespodziewanie w drzwiach stodoły ukazało się trzech żandarmów. Przeraziłem się, że przyszli po mnie, ale nie przestawałem kręcić wialni. Gospodarz zorientował się oczywiście w sytuacji i grzecznie zaprosił żandarmów do domu. Kiedy wyszli ze stodoły, ja, sprawniej od wiewiórki, wspiąłem się po snopkach pod dach stodoły i wpuściłem między złożony łubin a ścianę stodoły aż do samego dna. Tu przeczekałem gościnę żandarmów, którzy wypiwszy swoje porcje bimbru i pożarłszy niemało - poszli w swoją stronę. No cóż, "na złodzieju czapka gore". Pilnować się należało na każdym kroku i w każdej chwili.

Miałem jednak i momenty przyjaźni z Niemcami. Pewnej zimy (chyba 1943/44) w Głodowie niemiecka młocarnia polowa młóciła z urzędu zboże. Nadzorcą omłotu i maszyny był sierżant - Austriak. Wszedłem z nim w komitywę, dostarczając mu bimbru produkowanego w Kobylej Łące, za to on dawał mi w nadmiarze benzynę, produkt poszukiwany podczas okupacji. Rozmawialiśmy z sierżantem po niemiecku, przy czym nie ukrywał on, że wojna ma się ku zakończeniu - z nie byle jaką klęską Rzeszy. Pragnął tylko powrotu do ojczystej Styrii, klęska Niemiec była mu obojetna.

Wczesnym popołudniem, 20 stycznia, przyszli żołnierze rosyjscy. Wojny wielkiej tego dnia nie było. Nieco strzelaniny artyleryjskiej ze strony Rosjan, która nie zrobiła większej szkody - może tylko w Bieżuniu co nieco.

Z Rosjanami wiązał się przedziwny przypadek. Przez cały okres okupacji u Dziadków, gdzie mieszkałem, Niemcy nie byli ani razu, choć u gospodarza bywali dziesiątki razy. Wejście do gospodarza było z podwórza (do kuchni) i z frontu od drogi - przez ganek. Do Dziadków wejście było z boku, od pola i ogródka, już z natury zakonspirowane. Trzeba było go szukać. Tą właśnie drogą przyszli radzieccy żołnierze. Odbywałem poobiednią siestę w oczekiwaniu na bieg wydarzeń. Niemców już nie ma, ale czy napewno? Jak długo może potrwać "niczyj" czas?. Nikt nie wiedział, wszyscy czekali. Nagle: "Zdrastwujtie" zgrzmiało w drzwiach.

Awangarda radzieckiego wojska szła czym prędzej naprzód i Niemców, którzy nocowali u nas, spotkała zapewne gdzieś pod Sierpcem. Dom i podwórze napełniły się żołnierzami. W ogrodzie zainstalowano działa przeciwlotnicze, ale wydaje się, że były one długo bezrobotne na tym odcinku frontu. Żołnierze myśleli o sutej wieczerzy, która za samo wyzwolenie Głodowa słusznie im się należała. Ja musiałem odbyć wyprawę do Kobylej Łąki po bimber z dużym kanistrem w towarzystwie zbrojnego żołnierza, w pojedynkę bowiem i po cywilnemu, nie byłoby bezpiecznie. Bimber pędzono nie tylko w Kobylej Łące, ale i w wielu innych wsiach po drodze od Warszawy do Głodowa, co łatwo było rozeznać po licznych strzałach wiwatowych. Poszliśmy więc i przynieśliśmy "co należy" ku radości szarży i starszyny. Spory wieprzak sam się znalazł w podwórzu. Stół zastawiono świeżym mięsem i smakowitymi przyprawami w postaci marynat grzybowo-owocowych, które dziwnie swojsko nam smakowały.

Na wstępie sypmatycznego rozgardiaszu, uciechy i wesołości, atmosferę zmąciła wieść o zaginięciu harmonii gospodarza, która w drugim pokoju czekała na dzisiejszą niezwykłą uroczystość, gdyż gospodarz już się naszykował do zagrania dziarskiego marsza. Nie ma harmonii... Krótki wywiad komendanta (majora) z gospodarzem, a następnie z sierżantem sprawił, że harmoszka znalazła się za kilka minut. Wieczór był wesoły i niezbyt długi, bo rankiem armia ruszyła dalej. Byliśmy rozprężeni i wyzwoleni, zaczynaliśmy nowe życie... Tylko gospodyni nie doliczyła się jednego sporego świniaka.

Dzisiaj z niemałym zdziwieniem dowiedziała się również, że smakowite przyprawy konserwowe pochodziły z jej własnej piwnicy. A przecież, kiedy pytaliśmy się przy stole, skąd mają takie dobre grzyby, śliwki, gruszki, ogórki itp. mówili, że za nimi ciągną wielkie magazyny żywnościowe, zaopatrzone w te specjały. Magazyny są nieco dalej za frontem - pod Przasnyszem - ale w miarę potrzeby zaopatrują na poczekaniu. Tak więc na Wielkanoc 1945 r. nie było w Głodowie marynowanych grzybów...

Na drugi dzień, po odejściu pierwszych większych oddziałów, przyszedł z rana pojedyńczy żołnierz - prawdopodobnie jakiś maruder - i zażądał od gospodyni śniadania z jaj i słoniny. Gospodyni, przygnębiona nieco spustoszeniem w chlewie i w piwnicy, oświadczyła, że wczorajsi wszystko zjedli i on musi się obejść suchym chlebem, na co się oburzył. Zajrzał głęboko pod kapę nad kuchnią. A to co? spytał wskazując na spory kawałek słoniny, tam ukryty przed gwałtownymi apetytami. Następnie rozejrzał się po kuchni i stając na progu do pokoju, wskazał na leżankę, spod której wystawał mały rąbek koszyczka z jajami. A to co? zapytał. W tej niemal chwili słonina i jaja smażyły się na patelni. Byłem świadkiem tej sceny, ale główny jej bohater nie sądził, bym tam był potrzebny (ubrany byłem na drogę do Sierpca i w kieszeni kurtki miałem ćwiartkę bimbru - przewidzianą opłatę za okazyjny przejazd). Pyta com za jeden, co robię itd. Wyniosłem się dyskretnie, on zaś skonsumowawszy jajecznicę na sutych skwarkach, poszedł w stronę Kobylej Łąki - prawdopodobnie na drugie, a może trzecie śniadanie. Dziwnym był fakt, że ten maruder nie wspomniał o bimbrze.

Pierwszego dnia, po wejściu wojsk radzieckich, w Kobylej Łące rozegrał się okrutny dramat. Była tam jedna rodzina volksdeustchów, która nie zamierzała opuścić swoich rodzinnych stron. Gospodarowała na swojej ziemi, nie pragnęła cudzego. Kurzloch (nazwisko rodziny) nie wziął od Niemców niczego co polskie, nie był członkiem Selbstschutzu ni żadnej organizacji prohitlerowskiej. Niemcy tolerowali go zaledwie. Była to uczciwa rodzina ludzi życzliwych, do których nikt z sąsiadów nie miał urazy, nie doznał od niej żadnej krzywdy.

Kiedy Rosjanie pytali o Niemców, sąsiedzi wskazali na Kurzlochów. Bez dochodzenia i szukania prawa, wymordowano całą rodzinę, spalono dom i budynki gospodarskie, zrabowano wszystko, co było do zrabowania. Bezkarność i rozbestwienie miały usprawiedliwienie jedynie w okoliczności, że Kurzloch to nazwisko niemieckie, że byli wyznania protestanckiego, że Niemcy zmusili ich do podpisania listy niemieckiej wbrew woli. Nie znałem bliżej Kurzlochów, ale z tego, co słyszałem o nich od Dziadków Osieckich i od innych, wiem, że byli to ludzie niezwykle rzetelni i uczciwi.

Sprawa postawy społeczeństwa polskiego wobec okupanta nie jest prosta ani jednoznaczna. Między bohaterem a zdrajcą, jako skrajnymi typami postaw, były dziesiątki odcieni, które można by zakwalifikować pozytywnie bądź negatywnie, bądź wątpliwie. Nic o sobie ostatecznego powiedzieć nie mogę, łatwiej mówić o innych. W ciągu 5 lat okupacji nie byłem w rękach Niemców i Gestapo, nie uderzył mnie Niemiec ani razu. Któż może naprzód powiedzieć, że wytrzyma wszystko w w momencie ciężkiej próby - bólu, męki, głodu, zimna, poniewierki - i że nie zdradzi nikogo i niczego, że wytrwa, jak bohater, do końca? Nie mogę o sobie tego powiedzieć. Mam najwyższy podziw dla tych, którzy wytrzymywali wiele strasznych rzeczy i nie dali się złamać. Nie dziwię się jednak tym, zwłaszcza młodym, którzy niebacznie wciągnięci w działalność podziemną, przy pierwszej próbie ulegali - poddawali się. Takim był zapewne Tadzio Klonowski, mój uczeń w Ługach. Aresztowany i zagrożony karą śmierci za posiadanie broni, powiedział wszystko co wiedział, a wiedział dużo jako "szef" informacji na powiat mławski w komendzie BCh. W książce T.Fijałkowskiego "Pod kryptonimem Wkra" są dokładne dane na powyższy temat.

Z maszynopisu udostępnionego przez

dra Franciszka Midurę, bratanka Autora