logo Sierpc online

Newsy | Ogłoszenia | Forum Dyskusyjne | Księga pozdrowień | Hyde Park Zaloguj się | Rejestracja

Co proponujemy:
O mieście
Historia
Kultura
Zabytki
Informator
Sport
Sierpeckie linki
Galeria zdjęć
Archiwum
Strona główna




Newsy Sierpc online
Komentarze | Dodaj własny komentarz Newsy Sierpc online

Relacja z Wyprawy Rowerowej Pawła Sekulskiego Sierpc - Watykan 03.04. - 20.04.2006r.

2006-06-15

Stało się niemal tradycją, że na wiosnę każdego roku organizuję wyjazd rowerowy, gdzie jako mieszkaniec Sierpca oraz oficjalny przedstawiciel Państwowej Straży Pożarnej odwiedzam różne zakątki naszego kraju Europy.

W roku bieżącym pojechałem (niestety znowu sam) do Watykanu.

Nie była to jednak ani pora roku aby spokojnie taką podróż odbywać ani też chwila, w której podróż tę planowałem.

Chciałem już dużo wcześniej odwiedzić Ojca Świętego Jana Pawła II w Watykanie. Niestety rok temu odszedł największy z żyjących dotąd Polaków, autorytet dla całego świata chrze­ścijańskiego, a także dla całego dzisiejszego społeczeństwa.

Tak więc równo w pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II, która wypadała 2 kwietnia bieżącego roku postanowiłem wyruszyć w samotną wyprawę lub jak sam określam, pielgrzymkę rowerową na trasie Sierpc - Watykan. Trasa pielgrzymki obliczona została na około 2100 kilometrów, a zaplanowana przez takie kraje jak: Polskę, Czechy, Austrię, Słowenię, Italię i punkt docelowy - Watykan.

Wyprawa Pamięci Jana Pawła II zorganizowana została w intencji o jak najszybszą beatyfikację Ojca Świętego Jana Pawła II.

Jak wcześniej już napisałam, udawałem się tam jako mieszkaniec miasta Sierpca. W związku z powyższym pomyślałem aby jakikolwiek ślad wyprawy mógł zostać odnotowany w Watykanie.

Dlatego razem z Księdzem Dziekanem Andrzejem Więckowskim, który pomógł mi w organizacji wyprawy po linii kościelnej stwie­rdziliśmy, że należy wykonać Księgę Pamiątkową, do której będą mogli wpisać się mieszkańcy sierpeckich parafii. Księga ta została wyłożona we wszystkich 3 kościołach parafialnych w naszym mieście. Wpisywali się do niej ludzie, którzy tak jak ja, chcieli prosić Papieża Benedykta XVI o jak najszybszą beatyfikację Jana Pawła II.

Księgę tę razem z innymi pamiątkami otrzymanymi od Pana Burmistrza przekazałem ojcu Tasiemskiemu w Watykanie, który na co dzień pracuje w Radiu Watykan. Ojciec ten jest również opiekunem polskich pielgrzymów przybywających do Watykanu i zajmuje się ich bezpieczeństwem.

Oprócz tego, jako oficjalny przedstawiciel Państwowej Straży Pożarnej wiozłem dla Papieża Benedykta XVI prezent, dar od wszystkich polskich strażaków. Cały czas (nawet jeszcze podczas mojej podróży po Włoszech) trwały starania nad tym, abym osobiście mógł złożyć prezenty na ręce Papieża Benedykta XVI.

Niestety na miejscu okazało się jednak, że pomimo starań kilku osób z 4 różnych źródeł, nie udało się tego załatwić.

Z wszystkich ust otrzymałem tę samą wiadomość; spontaniczne oraz bezpośrednie spotkania skończyły się wraz ze śmiercią Jana Pawła II. Teraz to zupełnie inny Watykan niż ten co stworzył nasz polski Papież. Cóż, najważniejsze jednak, że wszystkie prezenty cało i zdrowo przekazałem w Watykanie.


Wyprawa zaplanowana została na 2 kwietnia.

Rano na mszy świętej niedzielnej w Kościele Farnym miało odbyć się błogosławie­ństwo. Następnie spotkanie w świetlicy Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Sierpcu z moimi sponsorami oraz ludźmi, którzy w szczególny sposób przyczynili się do organizacji tej wyprawy.

Niestety rzeczywistość bywa czasami okrutna. W piątek przed planowanym moim niedzielnym wyjazdem, córeczka Justynka trafiła do szpitala na oddział dziecięcy i musiała tam spędzić kilka dni.

Z racji jej młodego wieku, trzeba było przebywać przy niej, na zmiany z żoną przez 24 godziny na dobę. Wtedy w głowie pojawiło się pytanie: czy w ogóle jechać? lub czy nie przełożyć wyjazdu o dzień lub dwa. W sobotę zapadła decyzja, że wyjeżdżam dzień później tj. w poniedziałek. Nie mam jednak czasu ani ochoty na to aby całą uroczystość spotkania w Komendzie Powiatowej PSP i obecność na mszy świętej przekładać. Postanowiłem, że niedziela idzie zgodnie z planem (msza i podziękowanie w świetlicy), a potem oddział szpitalny.

Dobrze się stało bo w poniedziałek osobiście mogłem córeczkę z żoną przywieźć rano do domu.

Psychicznie to bardzo duża ulga. Może nie całkowity komfort ale świadomość tego, że jest już wszystko dobrze na pewno pomaga kręcić.


Wyjazd


Poniedziałek

Pomimo że dzień po planowanym terminie to trzeba robić swoje. Trzeba ruszać i ostro kręcić w stronę Watykanu.

Po przywiezieniu córki do domu, pożegnaniu kolegów przed garażem Komendy i zrobieniem kilku pamiątkowych zdjęć, wyruszam razem z Włodziem, kolegą z pracy oraz klubu rowerowego Dynamo Sierpc w stronę Płocka. Włodek odprowadza mnie do rozjazdu dróg do Bielska i Godowa. Ja dalej jadę już sam. Tu zaczyna się kręcenie i opracowanie planu jak mam nadrobić stracony czas; półtora dnia. Na granicy w Głuchołazach muszę być zgodnie z planem tj. w środę rano. Noclegi za granicą mam załatwione w jednostkach straży pożarnej (u kolegów strażaków) więc muszę się trzymać ściśle planu.

Postanowiłem że dziś jadę do oporu. Gdzieś o godzinie 20.00 rozejrzę się za noclegiem. To pierwszy dzień jazdy więc też nie mogę się zarżnąć.

Zaraz za Płockiem przy podjeździe w Górze łapię kapcia w tylnym koło. Wymiana nie jest szybka, gdyż muszę rozpakować część bagażu. Po wymianie jadę dalej ale nie daleko. Przed Gostyninem to samo. Jestem zły. Tracę za dużo czasu. Poza tym jak tak dalej pójdzie, zabraknie mi dętek na zapas. W Gostyninie dzwonię do kolegi ze straży aby czekał na mnie w centrum miast. Poprowadzi mnie po sklepach rowerowych gdzie muszę dokupić dętek. Niestety, w Gostyninie tak jak w Sierpcu nie ma szans na dętki tego typu. Mam jednak adres sklepu w Kutnie. Tam powinienem coś dostać. Przed Kutnem zatrzymuję się i jem pierwszy dziś posiłek. Kupiłem bułki, mleko i ser (nieodzowny zestaw rowerzysty w podróży) i na ławce sobie konsumuję. Właściciel po krótkiej rozmowie proponuje mi herbatę. Z powodu braku czasu jestem zmuszony odmówić. W Kutnie kupiłem zapasowe dętki ale przy okazji nieźle zmokłem. Może to też zdecydowało, że kręcę nie tak szybko jak chciałem. W Poddębicach, nieco wcześniej jak planowałem rozglądam się za strażą i organizuję sobie nocleg. Chcę wyczyścić rower, skleić dętki, wyspać się, a jutro bardzo rano ruszyć w trasę.


Wtorek

Dziś robię to co planowałem. Startuję bardzo wcześnie rano. Jest trochę chłodno ale po kilkunastu minutach kręcenia robi się dość ciepło. Jadę w stronę Sieradza. Po drodze widzę duże rozlewisko rzeki, która wdarła się na pola. Z Sieradza kieruję się w stronę Opola.

Opolszczyzna przywitała mnie wręcz wiosenną pogodą. Jest ciepło i bardzo dobrze mi się jedzie. Patrzę na zegarek oraz ubywające kilometry. Nie dam rady dojechać dziś do Głuchołazów. Zabraknie mi około 50 kilometrów. Wyjeżdżając z Opola zaczyna ostro padać. Jadę w stronę Głuchołazów. Dzwonię do kolegi aby po mnie wyjechał gdyż na miejsce dotarł bym na 24.00. Ni mogę sobie dziś na to pozwolić. Kolega zabiera mnie do swojego kombiaka i jest to niestety moment gdzie musiałem podskoczyć innym pojazdem niż rower. Na miejscu pod strażą jesteśmy po 22.00. Myję i czyszczę rower. Przepakowuję sakwy i idziemy do kolegi do domu na kolację, którą przygotowała jego żona. Kładziemy się bardzo późno. Dziś przejechałem i tak 250 kilometrów.


Środa

Obawiałem się dzisiejszego dnia. Moje obawy okazały się zasadne. Zanim się spakowałem, wymieniłem pieniądze w kantorze i kupiłem mapę Czech była już 9.30. Na granicy zameldowałem się o 10.00. Strażnik spytał się mnie gdzie jadę? Kiedy usłyszał moją odpowiedź trochę dziwnie na mnie popatrzył. Po kilkunastu kilometrów wjeżdżania po górę domyśliłem się dlaczego. W górach leżało jeszcze około 30 cm śniegu. Co prawda droga była odśnieżona, czysty asfalt ale zaczęły się opady śniegu. Śnieg padał z taką intensywnością, że kiedy chciałem na mapniku sprawdzić czy dobrze jadę, musiałem ręką zgarniać warstwę śniegu z mapy.

Ubrałem wszystkie zimowe i przeciwde­szczowe rzeczy na siebie jaki miałem. Było bardzo zimno. Poza tym Czesi mają to do siebie, że znakują kierunki dróg na takie miejscowości, których nie ma na mapie. Dzięki temu nieźle błądzę. Szczytem wszystkiego było złapanie kapcia podczas zjazdu. Zatrzymuję się i wymieniam dętkę. Tracę na to sporo czasu gdyż mam zmarznięte palce. Wsiadam, przejeżdżam kilkaset metrów i znowu to samo. Kapeć w tylnym kole. Niech to. Wymiana. Jadę dalej. Wdrapuję się cały czas pod górę. Nie jest to stromy ale bardzo długi podjazd. Wjeżdżam do jakiejś miejscowości. Na jej początku widzę sklep spożywczy. Zatrzymuję się i idę na posiłek. Wyglądam jak powstaniec. Ubrany w ortaliony, i torby foliowe na butach. Poza tym cieknie ze mnie i czuję że mam dość brudną twarz ale muszę przecież coś zjeść.

Sklepikarz przyjmuje mnie jak syna. Kiedy mówię mu skąd i dokąd jadę robi mi gorącą herbatę oraz częstuje słodkimi bułkami. Proponuje również rum do herbaty. Muszę odmówić, bo w trakcie takiej jazdy śruba murowana. Na koniec wciska mi piersiówkę w kieszeń. Ze śmiechem odmawiam, a w zamian dostaję słodkie bułki na drogę. Jak się okazało, miejscowość położona była na samej przełęczy. Po posiłku cały czas zjeżdżam. Przestaje padać śnieg i deszcz. Robi się cieplej i po kilkunastu kilometrach zjazdu kończy się śnieg na polach. Wjeżdżam na płaski teren, który miał mnie dziś doprowadzić na nocleg do Brna. Ale okazuje się, że za dobrze mi idzie. Łapię trzeciego dzisiaj kapcia. Wymiana jest już szybsza. Zastanawiam się jednak nad tym ile razy jeszcze mnie to dzisiaj czeka. Okazało się, że była to ostatnia wymiana dętki nie tylko w tym dniu ale również podczas całej wyprawy.

Zaczyna znowu padać deszcz. Nisko wiszące chmury spowodowały, że pomimo 18.00 jest już dość szarawo. Decyduję się nie jechać dzisiaj do Brna. Pytam o straż w miasteczku Prostejlov i okazuje się, że jest tu zawodowa straż. Znajduję ich w pięknym centrum miasta i po wspólnej rozmowie dwóch słowiańskich bratnich dusz mam pokój gościnny z prysznicem w jednostce. Biorę gorący prysznic, kleję dętki i idę zwiedzać całą straż z chłopakami. Następuje pierwsza międzynarodowa wymiana poglądów oraz pamiątek, których trochę ze sobą wziąłem. Dostaję od nich koszulkę i gorącą kawę, którą piję razem z nimi. Rozmawiamy głównie o sprawach zawodowych, tak jak podczas następnych noclegów. Głównie pytamy się nawzajem: w jakim systemie pracujemy?, jak duże są nasze miasta?, ilu w ogóle pracuje strażaków?, ilu strażaków może być minimalnie na obsadzie etatowej podczas służby?, na jakim sprzęcie pracujemy? I bardzo mało dyplomatyczne pytanie; ile zarabiamy?. To w całym dalszym opracowaniu jednak przemilczę.

Kładę się spać. Usypiam i śpię jak kłoda.


Czwartek

Rano na zmianie służby zostaję powitany przez Komendanta straży i jednocześnie pożegnany przez wszystkich strażaków, którzy życzą mi bezpiecznego dojazdu do Watykanu.

Co mnie mile dziwi, to fakt, że pomimo dużej ilości ateistów i przeważającej ilości kalwinów, Czesi doskonale znali Jana Pawła II. Wiedzieli nawet, że nazywał się Karol Wojtyła co bardzo często podkreślali. Tak również było na dalszym szlaku wyprawy, we wszystkich krajach przez które przejeżdżałem.

Wyjeżdżam z jednostki. Jest dość ciepło ale najważniejsze, że nie pada i jest pogodnie. Wczoraj nie dojechałem do Brna. Zabrakło mi około 50 kilometrów.

Dziś muszę to nadrobić, gdyż przekraczam granicę z Austrią i śpię we Wiedniu. A z nimi już się tak łatwo nie dogadam.

Postanawiam nie jechać przez Brno. Kieruję się w stronę przejścia turystycznego. Obieram kierunek wprost na Wiedeń. Przed granicą wydaję wszystkie korony. Kupuję głównie słodycze, które jem po drodze. Na granicy dziwią się, że jadę sam. Przejeżdżam bez problemów.

Co mnie uderzyło to fakt, że w Czechach jest o wiele ładniej niż po austriackiej stronie. Ludzie bardziej dbają o swoje obejścia oraz o pola. Austria zaraz za granicą przypominała mi puste polskie pola, gdzie rośnie tylko trawa. Budynki stały obdrapane w dość złym stanie technicznym. Sytuacja zaczęła się poprawiać dopiero przed Wiedniem, który z kolei jest przepiękny, uroczy i ma swój klimat. Co ważne jest tu mnóstwo ścieżek rowerowych, Zresztą Wiedeń z tego słynie. Poza tym Wiedeń jest bardzo, bardzo duży. Zanim znajduję miejsce swojego noclegu w samym centrum starówki, mija prawie dwie godziny. Tu spotyka mnie też najmniej sympatyczna przygoda całej wyprawy. Kiedy zatrzymałem się przy budce z kebabem, którego miałem ochotę zjeść na kolację, otoczyła mnie grupa pijanych młodzieńców w wieku około 15 lat i trochę mi dokuczyli. Do tego stopnia, że już jednemu miałem ochotę iść na rękę jak to się ładnie mówi ale wsiadłem na rower i chciałem po prostu odjechać. W tym momencie podbiegł jeden i ukradł mi jeden bidon, który miałem z tyłu w sakwach. Szkoda. Bardzo się przydawał. Potem już prosto pojechałem do straży. Dostałem pokój na poddaszu i zaraz poszedłem spać.


Piątek Rano wstałem i spakowałem rower. Nikt się mną specjalnie nie interesował co bardzo mi pomogło w wydostaniu się z jednostki. Wczoraj chłopacy narysowali mi na planie Wiednia jak najlepiej wyjechać rowerem z miasta i udać się w stronę miasta Graz.

Zaraz przy wyjeździe z miasta, kiedy stałem na czerwonym świetle złapałem się za kieszeń i znieruchomiałem - mój telefon. Gdzie jest? Przy pakowaniu położyłem go na pudełku w garażu. Wracać się, ale czy tam będzie? Jeśli nie to tragedia. Okazało się, że po głębszym przeszukaniu sakwy znalazł się. Włożyłem go razem z innymi rzeczami. Spokojnie udałem się na swój pierwszy naprawdę trudny-górski etap. W straży uprzedzili mnie, że zaczynają się Alpy. Pokazali mi nawet nazwę na mapie. Tak też było. Po około 50 kilometrów płaskiej jazdy zaczęły się ostre podjazdy i serpentyny. Było tak ciepło, że pierwszy raz jechałem w krótkiej koszulce.

Miałem w głowie ostre szczyty, duże przełęcze i to mnie trochę zahamowało. Musiałem do siebie dopuścić myśl, że jadę tam bo sam chcę, a w domu nie mam takich gór, więc jest to prawdziwa okazja. Pomogło. Głowa już nie przeszkadzała kręcić, a nogi powoli się przyzwyczajały.

Co do drogi tu chyba Duch Święty nade mną czuwał. Wiatr powiał bowiem w plecy na podjazdach. Przestał wiać przy zjazdach, a gdy już chciałem chwilę odpocząć okazywało się, że za zakrętem jest mały zjazd i trzeba z niego skorzystać.

Jednak jak do tej pory był to najcięższy etap. Przejechałem równe 200 kilometrów z czego 150 po naprawdę dość dużych górkach. Przed samym Graz długi podjazd. Pamiętam go bardzo dobrze. Dość płaski ale długi. Za to wjeżdżając do miasta nie musiałem już kręcić. Cały czas zjeżdżałem. Dzięki miłemu tubylcowi, który narysował mi dojazd na kartce, dość szybko i bez problemów dojechałem do straży. Tu wiedzieli, że przyjadę i już na mnie czekali. Dziś zakończyłem dzień z liczbą 915 kilometrów. Na miejscu kolacja, długa miła rozmowa, pamiątkowe zdjęcia i mnóstwo pamiątek w tym koszulka.


Sobota

Dziś od rana już trzeci dzień zapowiada się ładna pogoda. Rano co prawda był mały przymrozek ale przed południem robi się ciepło. Potem muszę się nawet nieco rozebrać.

Do granicy jadę cały czas wzdłuż rzeki Mur. Jest przyjemnie. Z prawej strony wyłaniają się ośnieżone, majestatyczne szczyty Alp.

Do przejścia dojeżdżam dość szybko. Zaczynam mijać bardzo dużo turystów na rowerach, którzy w wolny dzień wsiedli aby się trochę poruszać. Na granicy szukam kantoru lecz bez skutku. Cóż, jadę dalej. Może za przejściem coś znajdę.

Na przejściu nie chcieli nawet aby wyjmować paszport. Machnęli tylko ręką.

Za granicę okazało się to samo. Nie ma kantorów. Później okazuje się, że można robić zakupy w Euro. Ceny podane są w sklepach w ich walucie oraz w Euro. Z tym, że wydają tylko w ich rodzimej walucie. Ceny mniejsze niż w Austrii.

Słowenia okazała się przepięknym górzystym krajem, który postawił na turystykę i bardzo dobrze na tym wyszedł. Kraj jest naprawdę przepiękny. Jest to miejsce, w którym chciałbym mieszkać. Samo miasto Celje (37 tyś.), w którym nocowałem, okazało się miastem luźnym, czystym, zadbanym, bogatym i przystosowanym do turystyki rodzinnej tak ja cała Słowenia.

Okazało się, że etap nie był taki płaski jak mówili w Graz. W porównaniu z ich górami to faktycznie coś innego ale Słowenia słynie z krótkich ale bardzo ostrych zjazdów i podjazdów. Podjazdy mają tu średnio od 10 do 14 %, a ja osobiście podjeżdżałem pod 18%. Jak na rower to już ostra ściana.

Do samej straży dostałem się bez problemów. Pomimo ostrego brzmienia języka słoweńskiego można ich zrozumieć i dogadać się.

Wieczorem pojawił się pomimo wolnego dnia Komendant miejscowej straży. Zrobiliśmy razem zdjęcia i wymieniliśmy się gadżetami. Z tym, że ja dostałem od nich tyle koszulek, czapeczek, chorągiewek, że nie mam już gdzie tego wszystkiego pakować.

Po tym uroczym spotkaniu, poszedłem na zakupy. Dziś pozwoliłem sobie na zakup regionalnego wina, które przy kolacji z racji soboty wypiłem.

Boże ile bym dał aby w Sierpcu panowała taka harmonia życia weekendowego jak tutaj. Zupełnie inna mentalność społeczeństwa.

Dziś licznik wskazał 1000 kilometrów.

Po kolacji, chłopacy powiedzieli mi jeszcze jak mam jutro jechać do Lubljany aby ominąć te piekielne ostre podjazdy.


Niedziela

Dziś rano dopadło mnie prawdziwe przemęczenie. Rano nie mogłem otworzyć oczu. Opuchlizna pod oczyma przeszkadzała mi patrzeć. Poza tym nie mogłem nic rano zjeść. Na siłę wypiłem mleko i zjadłem ser, który wczoraj kupiłem. Koszmar. Kiedy wsiadłem na rower i przejechałem kilka kilometrów, wszystko powoli wraca do normy. Trasa dość przyjemna, prowadzi po małych dolinkach.

Dziś w planach przejechanie reszty Słowenii, przekroczenie granicy z Italią i nocleg w Trieście.

Przejazd przez Lubljanę, dzięki pewnemu rowerzyście, który mnie przeprowadził okazał się dość szybki. Reszta trasy do granicy to też dość spore podjazdy i serpentynki. Byłem zdziwiony, że przynoszą mi radość. Nogi się już wzmocniły, a kąt ich pokonywania był dużo mniejszy niż podjazdy w Słowenii.

Na granicy Słoweńcy nie zaprzątali się moją osobą. Włosi natomiast przejrzeli mi dokładnie paszport i spytali po angielsku gdzie jadę? Kiedy powiedziałem, że do Watykanu, wszyscy ze zdziwieniem podnieśli głowy w moim kierunku. Dla mnie to pewna ulga, bo chciałem wreszcie wjechać do Włoch. Dlaczego? Sam nie wiem. Okazało się, że czasami było to błędne pojęcie.

Do Triestu zostało tylko kilka kilometrów. Za każdym pokonywanym zakrętem czekałem na zjazd z gór, bo przecież Triest jest nad Adriatykiem. Musi więc być nisko. Cóż za złe podejście do sprawy. Okazało się, że dopiero w samym Trieście zjeżdżałem dość ostro w dół.

Triest to piękne miasto, osiedla na górzystych półkach z pomarańczowymi domami.

Do straży musiałem przejechać całe miasto wzdłuż wybrzeża. Ponad 10 kilometrów.

W straży wiedzieli że przyjadę. Przyjęli mnie bardzo sympatycznie. Trafiłem akurat na zmianę służby. Była godzina 20.00.

Jak się bowiem okazało, wszyscy strażacy gdzie przejeżdżałem pracują w systemie 12 godzinnym. Zmianę służby mają dwa razy dziennie; o godzinie 8 rano i 20 wieczorem.

We Włoszech jest jeszcze tak, że o godzinie 21 wszyscy idą na kolację. Kolację, którą robi kucharz zatrudniony w straży. Bierze się tacki, podchodzi do lady i wybiera się przygotowane potrawy. Nie wiem jak się z tego rozliczają. Czy płacą na koniec miesiąca, czy też mają na to jakiś socjal?

O godzinie 7 rano odbywa się wspólne śniadanie na tych samych zasadach co kolacja Ach te śródzie­mnomorskie jedzenie. Tego niestety nie jestem w stanie opisać. Jedyne co mogę napisać to to , że niesamowicie smakowała mi ośmiornica, którą zaserwowali gdzieś dalej na kolację.

Po kolacji trochę sobie gawędzimy po angielsku. Pokazują mi samochody. Na mapie potwierdzają drogę do Wenecji. Złapali się za głowy kiedy powiedziałem, że jutro chcę dojechać do Wenecji. To przecież trasa licząca 230 kilometry. Ja tylko się uśmiechnąłem. Kiedy z kolei usłyszeli nazwę Graz oczy wyszły im z orbit. Naprawdę byli pełni podziwu. Dla mnie to bardzo duży komplement gdyż w moim przekonaniu, co drugi Włoch to kolarz. Tak więc mogę tu spokojnie napisać, że biedny polski strażak z Sierpca pokazał Włochom, że można.


Poniedziałek

Rano wyjazd. Bez ceregieli. Krótkie podziękowanie, pożegnanie i w drogę. Na początek całe miasto do przejechania. Dokładnie tą samą drogą co wczoraj tylko w przeciwnym kierunku.

Kiedy już byłem za Triestem zaczęło się to o czym czytałem w relacjach rowerzystów. Zaczął wiać dość silny wiatr w twarz. Tak prawdopodobnie będzie aż do Wenecji. Nadeszła jeszcze jedna niespodziewana rzecz. Ruch na drodze. Setki tirów, które mnie mijały sprawiły, że po kilku godzinach bolały mnie uszy od hałasu. Jeżeli ktoś uważa, że na naszej trasie nr 10 panuje ruch, to zapraszam do Włoch. Gdzie oni jeżdżą? Tak było podczas wszystkich dni kiedy tylko wjechałem na główniejszą trasę, od razu pojawiało się tysiące tirów.

Trasa do Wenecji była monotonna, płaska i bardzo ruchliwa. Przed Wenecją zaczął padać deszcz. Przed wjazdem na jedyny most łączący Wenecję ze stałym lądem, liczący około 5 kilometrów, zjechałem na przystanek. Tu się przebrałem, zjadłem i chciałem zobaczyć jak dojść do straży. Wiedziałem bowiem, że zaraz za mostem kończy się droga, a całe życie przechodzi na kanały. Taksówki, tramwaje wodne, łodzie motorowe, to atrybut Wenecji. Całe miasto pływa po kanałach. Nie mogłem sobie uświadomić jak będzie wyglądała straż. Jak się później przekonałem, łodzie strażackie zamiast samochodów zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Przynajmniej chłopacy mają środka gaśniczego pod dostatkiem. Biorą spod łodzi wodę i tłoczą bezpośrednio poprzez pompę do węży.

W Wenecji nie wolno również jeździć rowerem. Należy go prowadzić.

Okazało się, że dojście do straży nie było takie proste. Raz, że nie mogłem ich znaleźć, a dwa, że pod każdy mostek musiałem nieść swój bagaż, który trochę ważył.

W końcu gdy już ich znalazłem, nie mogłem się dogadać. Prócz tego oni nie wiedzieli o moim przybyciu. Pomogła mi moja kronika, którą wiozłem i na każdym noclegu prosiłem o wpis. Pomógł również numer telefonu kontaktowego, który miałem podany w danym kraju. Pod tym numerem dyżurował strażak, który miał udzielać wszelkich informacji. Po takim telefonie okazało się, że wszystko jest OK. Obawiałem się jeszcze tylko tego, czy wiedzą również to, że zostaję tu na dwa noclegi. Juto bowiem mam dzień wolny.

Po tym małym zamieszaniu, zaprowadzili mnie do strażackiej sypialni gdzie przypisali łóżko. Dali mi godzinę czasu wolnego. O godzinie 21.00 mam zejść na kolację.

Po tym wszystkim położyłem się z nastawianiem, że jutro nie muszę wstawać o godzinie 6 rano ale śpię co najmniej do 10 rano.


Wtorek

Dzień wolny, poświęcony głównie na sen oraz zwiedzanie miasta.


Środa

Dziś dość długi etap. Normalnie na mapie wskazało 230 kilometrów. Tyle też potwierdzają koledzy z Wenecji. Wyjeżdżam akurat na tej samej zmianie, która mnie przyjmowała. Nawet się trochę zżyliśmy. Rano wspólna kawa oraz zapewnienie, że zaraz dzwonią do Riccione, następnego mojego noclegu aby nie było takiej przygody z przyjęciem jak tu w Wenecji.

Sama droga taj jak do Wenecji. Duży ruch, płasko, trochę monotonnie i bardzo głośno od jadących sznurkiem tirów. Kiedy przychodzi chwila burczenia w brzuchu, zatrzymuję się przy makiecie w małej miejscowości i kupuję zestaw obiadowy, czyli mleko, ser brie (którego dalej na południu ciężko będzie dostać) oraz batony. Zaczyna lekko kropić deszcz ale jest ciepło. Ubieram deszczak i dalej w drogę. Mocno wieje w twarz. Znacznie spowalnia to moją jazdę. Mam już niedaleko. Nie powinienem też tracić czasu z trafieniem do jednostki straży. Jest Bowiem przy samej drodze, którą jadę. Po drugie koledzy z Wenecji nakreślili mi mapkę na kartce papieru.

Zaczynają się pojawiać z prawej strony piękne góry. Właśnie tak wynika z mapy. Przez chwilę myślę o jutrzejszym dniu. To właśnie z nimi będę musiał powalczyć. Zbliżam się do Rimmini, ostatniego miasta przed miejscem mojego noclegu.

Z prawej strony wyrosła piękna góra. Z mapy oraz z opisu trasy przez internautów, które czytałem przed przygotowaniem podróży wiem, że jest to San Marino. W planach mam jutro tam pojechać. Z opisu wiem także, że trzeba się ostro wspinać po serpentynach. Zobaczymy co powiedzą w straży.

Dojeżdżam do ronda, przy którym znajduje się strażnica. Rany co to za wielki i nowoczesny obiekt. Robi wrażenie. Nasze Komendy Wojewódzkie mogły by tak wyglądać. Wjeżdżam na plac. Ktoś mnie widzi i zaraz robi zamęt. Już wiem, że na mnie czekają. Miłe powitanie zdjęcia i od razu zaproszenie na kolację. Szybki przydział łóżka. Zaraz, zaraz, muszę się przecież przepakować. Wziąć kilka rzeczy i najważniejsze wykąpać się. Ciężko im to zrozumieć. W końcu ktoś głośno krzyczy, ciągnie mnie za rękaw i prowadzi po okno. Z pierwszego pięta wygląda młoda kucharka, której coś tłumaczą. Zraz potem mówi do mnie po rosyjsku. Okazuje się, że jest Rosjanką i tu pracuje.

No, w końcu europejski język. Tak się kiedyś mówiło. Zanim się rozpoznaję w sytuacji objaśnia mi wszystko i pyta czy zrozumiałem. Odpowiadam z radością da i błogosławione spasiba. Daje mi godzinę na przygotowanie i widzi mnie u siebie w stołówce. Na kolacji mamy pogadać.

Po kąpieli idę do stołówki. Wszyscy już jedzą. Podchodzi do mnie gość i zaprowadza mnie do miejsca wydawania posiłków. Tu z daleka z ogromnym uśmiecham wita mnie Natasza. Pomimo mojego protestu ładuje mi ma na talerz wszystko co było do wyboru i to jeszcze 2 razy więcej. Słowiańskie braterstwo. Chwilę rozmawiamy.

Biorę tackę i udaję się do wspólnego stołu. Na koniec mówię Nataszy po rosyjsku, że jest piękną kobietą. Serdecznie mi dziękuję.

Siadam i razem z Włochami młócimy kolację popijając winem. Dolewają mi za każdym razem, kiedy kieliszek jest na połowę pusty. W pewnym momencie wychodzi z kuchni Natasza i idzie w naszą stronę. W ręku trzyma jabłka, banany i wypchaną po brzegi reklamówkę. Zostałem obdarowany owocami i serem nawet na cały następny dzień. Widzę zdziwienie na twarzach Włochów. Zaczyna się szum. Jak to oni. Zawsze są niezwykle głośni i weseli. Z rozmowy wnioskuję, że pytają dlaczego oni nie dostali tego co ja?. Natasza pyta ich kiedy któryś z nich powiedział, że jest piękną kobietą? Śmieją się i klepią mnie po plecach.

Pod koniec kolacji wyjmuję mapy i pytam jak najlepiej dojechać do Perugii. Jak łatwo się domyśleć, opuszczam jedno wybrzeże i przez góry jadę w stronę drugiego. Tłumaczą mi, że Perugia to dość trudny cel. Górzysty teren. Ale taki mój los.

Pytam czy góry są większe niż koło Graz. Okazuje się, że może po części tak być. Rysują mi inny początek trasy jutrzejszego etapu. Inny ale za to 40 kilometrów dłuższy. Ma być za to cały czas pod górę ale równomiernie i dość płasko. W takim przypadku nie jadę do San Marino. Zresztą tego sami mi odradzają. Tak chyba zrobię. Dziękuję za wszystko i kładę się spać.


Czwartek

Wstaję rano. Pakuję się i ruszam przed zmianą służby. Etap wydłużył mi się do 200 kilometrów i to cały czas pod górę. Ranek przyjemny i ciepły. Po kilku godzinach rozbieram część ubrań i po raz pierwszy jadę tak cienko ubrany. Słońce przypieka, a ciągły podjazd powoduje to, że przy okazji jeszcze nieźle się pocę.

Wjeżdżam do miasteczka gdzie rozchodzą się drogi. Wyjeżdżam. Jednak jak bardzo jestem zdziwiony kiedy jestem już na autostradzie, której miału tu w ogóle nie być. Włosi mają właśnie mnóstwo takich miejsc. Mapa wskazuje zwykłą drogą, a okazuje się, że na przestrzeni 10-20 kilometrów jest to autostrada. Kierowcy od razu trąbią i nie da się jechać. Nie ma bocznego pasa, a barierki są zaraz przy pasie, którym jadą ciężarówki. Co mi zostało? Biorę rower na plecy. Przechodzę przez barierki i polem wracam do miasteczka. Jestem zły. Straciłem mnóstwo czasu. Poza tym nie mogę znaleźć prawidłowego wyjazdu z miasta. W końcu się udaje. Jadę. Tu dopiero zaczynają się podjazdy. Jadę obok autostrady. Widzę przed sobą skaliste zbocza obrośnięte lasami oraz ku mojemu oczekiwaniu piękne szczyty pokryte śniegiem. To właśnie tam się kieruję. No ładnie. Czekam mnie niezła przeprawa.

Tak też właśnie było. Spotykam na swojej drodze kilka zestawów potężnych serpentyn, które powoli pokonuję i wdrapuję się w górę. Bardzo często staję i uzupełniam płyny, które piję litrami. Jakie zdziwienie targnęło moją osobą kiedy na przełęczy się odwróciłem i zobaczyłem wcześniej opisywany szczyt. Objechałem go dokoła i znajduję się na wysokości jego granicy śniegu. To było wręcz niemożliwe. Potem z kolei, jak głosi stara prawda , że jak gdzieś wjedziesz, to musisz również kiedyś zjechać. Tak też było. Tylko, że hamulce mi nie stygły. Takiej intensywności serpentyn w dół też nigdy dotąd nie widziałem. Nie mogłem pozwolić na to, abym się rozpędził. Na pewno wypadł bym poza jezdnię. Wyjeżdżam wąską doliną na piękną równinę.

Wjeżdżam do starego bizantyńskiego miasta. Piękne pozostałości historii i mnóstwo turystów. Staję w centrum aby coś zjeść. Okazało się, że z tej strony gdzie wyjechałem, góry tworzyły piękny masyw górski z trzema dominującymi szczytami. Widok taki, że Spielberg mógłby kręcić film o kosmitach. Czas jednak goni. Jadę równiną ale bardzo krótko. Przed sobą mam nieco mniejszy masyw, pod który muszę podjechać. Wspinam się już nie tak wysoko, a za przełęczą znowu w dół do równiny. Kiedy już myślę, że to już Perugia, okazuje się że mam jeszcze 10 kilometrów podjazdu. Cała Perugia jest tak położona. Albo w mieście się ostro zjeżdża albo ostro podjeżdża. Samo miasto jest piękne. Do straży dojeżdżam dość późno. Na wzgórzu widzę kościół, nad którym wyłania się pełen blat księżyca. Jest pełnia.

W straży przyjmują mnie bardzo miło. Plan taki sam jak poprzednio. Po kolacji mapy i rozmawiamy. Kolega Włoch przynosi laptopa i pokazuje mi swoje zdjęcia. Okazuje się, że podróżuje po Europie i nie tylko po Europie. Z tą różnicą, że jeździ motorem. W ubiegłym roku był w Pekinie i pokazuje mi wszystkie zdjęcia. Jest mi trochę przykro gdy pokazuje zdjęcia z Polski (u nas również spał w strażach), na których są zardzewiałe nasze Jelcze i przeszło 20 letnie Żuki. Mówię mu, że to już powoli historia. Jednak zdjęcie motocykla w ustawionego w poprzeg drogi, pod którym są olbrzymie koleiny mówi samo za siebie. Zresztą Kolega sam mówi, że to niemiła atrakcja Polski. Co ja mu mogę powiedzieć?

Po kolacji dość długo rozmawiamy. Okazuje się, że bardzo szanują w mieście Świderskiego. Siatkarza, który jest bardzo dobrym graczem.

Okazuje się również, że pośród chłopaków jest sycylijczyk, który przeprowadził się do Perugii. Bardzo szczyci się jednak swoim pochodzeniem. Jest bardzo miły. Na domiar wszystkiego właśnie w te wakacje wybiera się do Polski i chce abym mu napisał co warto zwiedzić. Bardzo rozsławione we Włoszech są nasze Mazury i Kraków. Rysuję mu prowizoryczną mapkę Polski i nanoszę miejsca, które warto zobaczyć. Wskazuję też Toruń. Miasto Kopernika, którego też znają i oczywiście nasze miasto Sierpc, które jest mu po drodze do Torunia. Tłumacze mu, że ma tu zajechać na nasze piwo i zobaczyć skansen. Obiecał, że przyjedzie.

Ja trzymam go za słowo. Fajnie jest mieć znajomości u sycylijczyków.

Potem zgrywają mi zdjęcia na płytę CD, oczywiście koszulka w prezencie i spanie.


Piątek. Wielki Piątek

Dziś miałem w planach wjechać do Rzymu. Ale czy przy takim święcie jest sens? Każdy jest zapracowany, a wieczorem pewnie na drodze krzyżowej. Tym bardziej, że dzisiejszej nocy mam spać w Centrum Wolontariatu pod Rzymem gdzie w ogóle nie mówią po angielski. W sobotę oraz w pierwszy dzień świąt, kapelan strażaków załatwił mi spanie w Santa Savera w polskim klasztorze (męskim). U braci franciszkanów.

Jaki jest więc sens wjeżdżać do Rzymu na jeden nocleg aby potem wracać się 60 kilometrów na nocleg do klasztoru?

Postanawiam jechać dziś turystycznie. Pełen luz i spokojne tempo. Mam przy sobie wykazy wszystkich miejscowości we Włoszech, w których znajdują się straże więc coś sobie znajdę. Jeżeli nie, to późno w nocy zajadę do klasztoru i pewnie mnie nie z niego nie wyrzucą.

Tak więc spokojnym tempem jadę sobie wzdłuż rzeki. Małe podjazdy i lekkie zjazdy, a przy tym piękne widoki. W końcu dojeżdżam do zbiornika wodnego ze śluzą wodną. Coś w rodzaju naszej Soliny. Tu pozwalam sobie odpocząć.

Patrzę na mapę. Do klasztoru dojechałbym o wiele wcześniej ale nie chcę być namolny. Decyduję się, że jadę do miasta Viterbo, organizować nocleg w straży. Jeżeli się nie da, mam w pobliżu kilka miasteczek ze strażą. Okazuje się, że nie ma żadnego problemu z noclegiem. Na miejscu tłumaczą mi, że nie mają świeżej pościeli. Kiedy im pokazuję śpiwór i że wszystko jest Ok., uśmiechnęli się i zaprowadzili do łóżko. Była godzina 16.00. Dostałem jak zwykle zaproszenie na kolację. Po prysznicu skorzystałem z okazji i się trochę zdrzemnąłem.

Potem rozpieścili moje podniebienie. To tu jadłem ośmiorniczkę. Była przecudowna. Nie zapomnę jej smaku do końca życia.

Po kolacji położyłem się od razu spać.


Sobota

Wiem, że wreszcie dzisiejszego wieczoru porozmawiam sobie po Polsku. Od rana żona przesyłała mi SMS, że kapelan strażacki wydzwania i pyta czy wszystko jest OK. oraz czy dotrę dziś do Klasztoru. Po przybyciu mam mu nawet wysłać SMS bo będzie się martwił.

Mam do przejechania około 60 kilometrów. Decyduje się jednak, że pozwiedzam trochę okolice. Jadę klucząc w prawo i lewo zwiedzając stare wszechobecne tu ruiny. Dojeżdżam do miasta Citalavegiia, w którym znajduje się port morski z możliwością udania się statkiem prawie w każde miejsce na morzu Tyrreńskim i Śródziemnomorskim.

Słońce grzeje okropnie, parzy aż w twarz. Jestem już tak opalony na twarzy, że czuję opuchliznę. Decyduję się na odpoczynek w centrum miasta na deptaku. Kiedy tak sobie siedzę i piję mleko widzę rowerzystę, który prowadzi rower ze strasznie zósemkowanym przednim kołem. Koło jest uszkodzone do tego stopnia, że szprycha wyrwała nypla i rozerwała obręcz. Mówiąc normalnie, katastrofa!!!

Patrzy na mnie smutnym głosem i mówi coś po angielsku. Ja próbuję też coś odpowiedzieć po angielski ale gdzieś w wypowiedzi wkrada mi się polskie słowo. Jakim zaskoczeniem dla mnie i dla niego było to, że jestem Polakiem.

Jak się okazało on jest Czechem. Od razu zaczęła się miła rozmowa. Kolega z Pragi wybrał się na 40 dni jazdy po Włoszech bez kluczy i bez pojęcia o naprawie roweru. Zrobiło mi się go szkoda, tym bardziej że był jego pierwszy dzień podróży. Przejechał dopiero 80 kilometrów. Do Rzymu przyleciał z Pragi samolotem, a przy pierwszym odpoczynku postawił rower tak, że wiatr przewrócił go kołem wprost na ławkę. Stąd taka usterka.

Był załamany.

W końcu kupić nowe koło we Włoszech to spory wydatek, a po drugie to dziś jest wielka sobota i przez 3 następne dni zamknięte są sklepy.

Co jak co, ale uważam, że z rowerem potrafię zrobić cuda.

Tak też się stało. Przez półtorej godziwy wierciliśmy scyzorykiem dziurę w obręczy. Potem podłożyliśmy podkładkę pod nypna i scentrowałem z grubsza koło. Nie dałem mu gwarancji na całą podróż ale myślę ze przez 3 dni spokojnie wytrzyma.

Po powrocie ma się do mnie odezwać na meila. A według jego zapewnień zawsze w Pradze mam piwo gratis. Trzeba będzie to sprawdzić :-).

Po 3 godzinach rozstajemy się. Ja ruszyłem w stronę Rzymu do Santa Savera, a kolega Czech w przeciwną. Do klasztoru dojeżdżam o 20.00 Skończyła się akurat msza Święta. Miło było usłyszeć czysty polski język na żywo. Dostałem pokoik do użytkowania. Miałem godzinę aby się otrząsnąć i zejść na kolację.

Na wspólnej kolacji, co dla mnie też było nowym przeżyciem, siedziało przy stole siedmiu ojców franciszkanów w swoich uniformach. Potem jak się dowiedziałem, wołają żartobliwie na to mundurki.

W większości byli to ojcowie w moim wieku i bardzo weseli oraz bardzo przystępni. Także sama msza święta jak również kazanie mieli o wiele bardziej zrozumiałe i przystępne niż w polskich kościołach.

Mogę spokojnie napisać, że byli pogodnie nastawieni do ludzi i życia.

Poza tym nocleg w klasztorze to też niecodzienne wrażenie.

Po kolacji daję im kronikę i proszę aby mi się wpisali. Potem długo jeszcze rozmawiamy, głównie o sytuacji w kraju.

Położyłem się spać z gotowym planem działania na dzień następny.


Niedziela Wielkanoc

Jak napisałem wcześniej, do Rzymu miałem wjechać w wielki piątek. Dobrze się jednak stało, że to przełożyłem.

Rano miałem wstać i wyjechać przed 7.00 do Watykanu. Posłuchałem jednak rady ojców i o godzinie 7.30 zszedłem na polskie śniadanie z jajeczkiem. Problemem było to, że i tak jeszcze nikogo nie było. Zjadłem więc śniadanie, wypiłem kawę i udałem się do roweru. Dopiero tu spotkał mnie jeden z ojców z chciał zabrać na śniadanie. Zdziwiony był, że jestem już po. O godzinie 8.00 wyjeżdżałem z Santa Savera.

Do Rzymu miałem około 60 kilometrów po dość płaskim terenie.

Plan Rzymu z naniesioną trasą przez miasto przed sobą. Tak więc jak powiedział kiedyś nasz najlepszy chodziarz Korzeniowski, tylko diabeł tasmański mógłby mnie teraz zatrzymać. Tak było również ze mną.

Ojcowie namawiali mnie wczoraj abym pojechał do Rzymu kolejką.

Obiecałem sobie, że do Rzymu wjadę rowerem i tak się stało.

O godzinie 10.15 mając na liczniku 2155 kilometrów wjeżdżam do Rzymu.

Staję, robię pamiątkowe zdjęcie roweru przy znaku administracyjnym miasta Rzym i ruszam dalej do Watykanu.

Przed wjazdem na plac św. Piotra przebieram się aby nie paradować się w kolarkach. Akurat trwa msza celebrowana przez samego papieża.

Na placu jest mnóstwo ludzi.

Jak podała wieczorem telewizja ponad 100 tyś.

Na placu po raz pierwszy czuję się szczęśliwy i naprawdę spełniony. Wykonałem kawał dobrej roboty.

Piszę SMS do wszystkich znajomych, że wygrałem ten bieg.

Pozostało mi tylko przekazać upominek od strażaków i prezenty z Urzędu Miasta Sierpca oraz Księgę Pamiątkową.

Muszę we wtorek nawiązać kontakt z ojcem Tasiemskim, który jest opiekunem polskich pielgrzymów. Nie wiem jeszcze czy dostane się na audiencję i jak przekaże to wszystko co wiozłem.

Po mszy świętej zwiedzam sobie Rzym. Jest piękna pogoda więc jeżdżę po mieście bardzo wolno.

Co mnie jednak dziwi.

Inaczej wyobrażałem sobie same miasto Rzym. Jego potęga, majestatyczność, którą sobie wyobrażałem legła w gruzach pod wpływem brudu, smrodu i nieładu, który powszechnie tu panuje.

Takie poczucie miałem również do samego końca. Przez wszystkie te dni, które przebywałem i przemierzałem pieszo kilkanaście kilometrów dziennie.

Oczywiście, Rzym ma swoje zabytki i tego nic nie jest w sanie ich zastąpić. Nic nie jest w stanie odebrać splendoru historii tego miasta.

Jednak jako samo miasto jest dość przeciętne.

Poza tym bardzo głośne i gęste od skuterów. Jak potem rozmawiałem z ojcami w klasztorze, przyznali to sami i stwie­rdziliśmy, że włosi są bardziej brudni w otoczeniu od nas. Na ulicach panuje taki nieład, że strach jeździć.

Przynajmniej to możemy być trochę z siebie dumni.

Poza tym Włosi mają opinię, że jeżeli czegoś nie można zrobić odwrotnie, to oni to zrobią. Są również mistrzami w ustawianiu koszów na śmieci w miejscach jak najmniej do tego przeznaczonych. Najlepszym przykładem są ronda, gdzie wjeżdżając, musimy uważać na przeogromne kosze kontenerowe postawione szeregiem na jednym z pasów. Ale dość spostrzeżeń.


Dalej skupię się tylko na opisie i kontakcie z ojcem Tasiemskim, gdyż dni spędzone w Rzymie, gdzie nocowałem w pokoju udostępnionym w straży, przeznaczyłem w większości na piesze zwiedzanie miasta.


Środa

Wczoraj poprzez Polski Dom Pielgrzyma dotarłem telefonicznie do ojca Tasiemskiego.

Za jego pośrednictwem dostałem w domu wejściówkę na audiencję generalną, która miała miejsce na placu św. Piora.

Tasiemski potwierdził to co słyszałem tu w Polsce.

Nie ma szans na bezpośrednie dotarcie do papieża.

Tak więc za radą ojca Tasiemskiego, wstałem bardzo wcześnie rano aby o 7,30 być przed bramkami na placu. Tam o godzinie 8.00 wpuszczają na plac. Kto pierwszy ten zajmuje lepsze miejsca bliżej papieża. Udało się. Siedzę prawie na samym początku tuż opok alejki przez którą będzie przejeżdżał Benedykt XVI.

Audiencja zaczyna się o 10.00 więc jest trochę siedzenia. W między czasie umawiam się z ojcem na przekazanie prezentów. Mam po audiencji przyjść do niego do pracy tj. do Radia Watykan.

Zaczyna się audiencja. Trwa ponad 2 godziny.

Jes, jes, jes, widzę papieża z odległości 3 metrów.

Widzę go również doskonale podczas całej audiencji.

Po audiencji udaję się do radia Watykan. Wychodzi niepozorny, mężczyzna z bardzo szeroką roześmianą twarzą, którym okazuje się ojciec Tasiemski.

Chce wziąć od ręki prezenty. Proszę go abyśmy weszli do środka, gdyż potrzebuję małego stołu, żeby się wypakować.

Kiedy usiedliśmy i zacząłem wyjmować wszystko po kolei wraz z omawianiem poszczególnych prezentów, spojrzał na mnie i prosił abym chwilę poczekał.

Poszedł po swojego szefa, ojca o świetnie brzmiącym nazwisku - Polak, który jest szefem sekcji polskiej w Radiu Watykan. Zeszli razem na dół.

Zaprosili mnie na górę gdzie przy szklance zimnego napoju opowiedziałem i pokazałem wszystko od początku. Byli zaskoczeni. Myśleli bowiem, że wsiadłem na rower, kupiłem książkę w Polsce i chcę ją zostawić na pamiątkę.

Obiecali wszystko przekazać tak jak mówiliśmy wcześniej, gdyż dostępu do Papieża nie są w stanie załatwić. Mnie zaś zaprosili do studia gdzie nagrali materiał, który po obrobieniu miał iść na antenę. Następnie krótka wypowiedź do serwisu, która poszła jeszcze tego samego dnia.


Mogę napisać, że w tym momencie wypełniłem swoją podróż, swoją pielgrzymkę ku pamięci Jana Pawła II.

Chcę zapewnić mieszkańców Sierpca, a przede wszystkim swoich sponsorów, że przez te kilkanaście dni, wielu ludzi w kraju oraz poza jego granicami, tak strażaków jak również spoza tego środowiska dowiedziało się o mieście Sierpc.

Mieście, którego barwy godnie reprezentowałem.

Wszystko dobiegło końca.

Pozostał mi tylko jeden dzień w Rzymie i to co najważniejsze czyli bezpieczny powrót do domu.

Do rodziny, która bardzo tęskniła i trzymała za mnie kciuki.


W tym miejscu chciałem podziękować wszystkim ludziom, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do zorganizowania mojego wyjazdu.

Ludziom dobrego serca i czystego rozumu, którzy w sposób finansowy lub mentalny przyczynili się do tego abym mógł jak ryba, płynąć podczas organizacji tegorocznej wyprawy pod prąd.


Dziękuje przede wszystkim:

- Mojej żonie, która razem z dziećmi od kilku już lat, toleruje i akceptuje mają największą pasję życiową jaką jest jazda rowerem.

- Komendantowi Powiatowemu PSP w Sierpcu Panu Chmie­lewskiemu, że pomimo tego, że jeżdżę z własnego urlop, toleruje mnie takim jakim jestem i nie czyni przeszkód podczas organizacji moich "zwariowanych" pomysłów.

- Panom Burmistrzom, którzy jako pierwsi w mieście otworzyli przede mną drzwi i pomogli mi brnąć w przygodzie rowerowej do przodu.

- Panu Staroście Pawłowi Amborowi, który pomaga mi w uzyskaniu akceptacji całej Rady Powiatu w moich przedsięwzięciach.

- Panu Malinowskiemu, Prezesowi Sierpeckiego Związku Gospodarczego, który w tym roku dołączył do grona moich licznych sponsorów i na samym początku stał się sponsorem strategicznym wyprawy z nadzieją na dalszą współpracę z Klubem Rowerowym Dynamo Sierpc, którego jestem przedstawicielem.

- Klubowi Rowerowemu Dynamo Sierpc, który pozwala na repre­zentowanie barw klubu, oraz za coroczną asystę podczas moich wyjazdów i powrotów. Mam nadzieję, że już za rok nie będę musiał jeździć sam. Tego z głębi serca sobie życzę.

- Ochotniczej Straży Pożarnej ze Szczutowa, której jestem członkiem. To oni pierwsi, pomimo małego budżetu uwierzyli we mnie i przekazali środki finansowe na pierwszy mój oficjalny wyjazd na maraton rowerowy do Gorzowa, gdzie uświadomiłem sobie to, że mogę bez kompleksów kręcić dalej Oni wypchnęli mnie na wielką wodę.

- Księdzu Dziekanowi Andrzejowi Więckowskiemu, który pomógł mi załatwić sprawy po linii kościelnej, tak podczas tej wyprawy, jak również podczas organizacji I rowerowej pielgrzymki do Skąpego, która odbyła się w 2005 roku.


W tym miejscu dziękuję również wszystkim moim dotychczasowych sponsorom, którzy pomagali mi przez te ubiegłe lata.

Mam nadzieję, że pokładane we mnie nadzieje oraz przekazywane środki finansowe nie poszły na marne.

Jeżeli zdrowie pozwoli i znajdę choć jednego człowieka, który będzie miał ochotę mi pomóc, to mam w głowie poukładane kilka planów, które chciałbym doprowadzić do realizacji. To mogę obiecać.

Serdecznie wszystkim dziękuję.


Na sam koniec podstawowe dane techniczne wyprawy:


- Termin wyprawy; 03.-20. kwiecień 2006 rok,

- Liczba dni spędzonych na rowerze; 15,

- Liczba kilometrów dotarcia do Rzymu; 2155,

- Ogólna liczba przejechanych kilometrów; 2350,

- Liczba krajów, przez które przejeżdżałem; 6 w tym Polska,

- Liczba przebitych dętek; 5,

- Liczba innych awarii; 0,

- Najkrótszy odcinek (etap) wyprawy; 135 kilometrów,

- Najdłuższy etap wyprawy; 250 kilometrów,

- Największa uzyskana prędkość; 68,4 km/h podczas zjazdu w Austrii,

- Największy pokonywany podjazd; 18 % Słowenia,

- Największy pokonywany zjazd; 14 % Słowenia,

- Największy napotkany zjazd: 24 % Włochy,

- Najpóźniejsza godzina dotarcia do miejsca noclegu; 21.00 Wiedeń.

- Najwcze­śniejsza godzina dotarcia do miejsca noclegu; 16.00 Viterbo - Włochy.

 



Zobacz galerię zdjęć dalej


Paweł Sekulski









Komentarze do artykułu: [5]


Ela
2006-06-19 16:42:21 - No cóż, dopiero dziś przeczytałam artykuł....po prostu SUPER !!! Gratuluję i życzę dalszych sukcesów! Jestem pod wrażeniem!


mmm
2006-06-19 08:53:31 - wyprawa była w kwietniu, teraz mamy koniec czerwca - szybka relacja


Alek
2006-06-18 16:26:03 - Rowniez jestem pod wrazeniem wyprawy. Gratuluje determinacji!


ja tez
2006-06-17 09:04:12 - takze jestem za przekazaniem panu pawłowi serdecznych gratulacji. Jestem pełen podziwu. A moze by w przyszlym roku dac pana pawła na kandydata na sierpczanina roku 2005 ??? Dobry pomysł??!!!


Krzysztof Falkiewicz
2006-06-16 20:46:22 - Składam Panu serdeczne gratulacje, pragnę poznć plan wyjazdów po 15.08 do połowy pażdziernika. Proszę o kontakt tel. 024 275 3731, kom. 603 91 00 51.




Administrator serwisu nie odpowiada za treść komentarzy
zamieszczonych na tej stronie przez internautów




Zauważyłeś błąd na stronie?

[x]
O nas | Napisz do nas ^^ do góry


Wszelkie materiały, artykuły, pliki, rysunki, zdjęcia (za wyjątkiem udostępnianych na zasadach licencji Creative Commons)
dostępne na stronach Sierpc online nie mogą być publikowane i redystrybuowane bez zgody Autora.